„Trybunał Konstytucyjny, po rozpoznaniu wniosku Prezesa Rady Ministrów, uznał, że próba ingerencji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w polski wymiar sprawiedliwości narusza zasadę praworządności, zasadę nadrzędności Konstytucji oraz zasadę zachowania suwerenności w procesie integracji europejskiej“. To kluczowe zdania z wyroku ogłoszonego 7 października w gmachu Trybunału Konstytucyjnego. Dla jednych to dowód na oczywisty Polexit. Mniej radykalni mówią, że PiS wraca do koncepcji Europy à la carte.
Reakcja Komisji Europejskiej była do przewidzenia. W szybko opublikowanym stanowisku przypomniano, że “prawo UE ma pierwszeństwo przed prawem krajowym”, a wszystkie decyzje Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości są “wiążące dla wszystkich organów władzy państw członkowskich, w tym sądów krajowych”. No i oczywiście “Komisja nie zawaha się skorzystać z uprawnień przysługujących jej na mocy traktatów w celu ochrony jednolitego stosowania i integralności prawa Unii”.
To nic nowego, bowiem te oczywistości powtarzają przy każdej debacie o sytuacji w Polsce i Ursula von der Leyen i Věra Jourová czy Didier Reynders. A jednak premier Mateusz Morawiecki jeszcze w dniu ogłoszenia tego wyroku napisał na FB: “Wyrok Trybunału Konstytucyjnego potwierdził to, co literalnie wynika z treści Konstytucji RP. To mianowicie, że prawo konstytucyjne ma wyższość nad innymi źródłami prawa”. Tak oczywiście można się przerzucać, tylko niewiele praktycznego z tego wyniknie.
Prawnicy od prawa europejskiego mogą przytaczać dziesiątki argumentów, że polski rząd i jego Trybunał się myli. Np. prof. Jerzy Kranz z Akademii Leona Koźmińskiego w opublikowanym niedawno artykule Krajobraz przed bitwą czyli o pierwszeństwie stosowania prawa Unii Europejskiej wśród wielu innych przykładów sięgnął także po Deklarację państw członkowskich UE nr 17 do Traktatu z Lizbony, w której jest wyraźnie napisane: „Konferencja przypomina, że zgodnie z utrwalonym orzecznictwem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Traktaty i prawo przyjęte przez Unię na podstawie Traktatów mają pierwszeństwo przed prawem Państw Członkowskich na warunkach ustanowionych przez wspomniane orzecznictwo”. I – jak podkreślił prof. Kranz – „powyższa deklaracja nie została zanegowana przez żadne państwo członkowskie, poddające Traktat z Lizbony krajowym procedurom akceptacyjnym”. Czyli także przez Polskę.
Nawet jeśli przyjmiemy, że prawnicy zawsze znajdą jakiś przepis, artykuł czy paragraf, który można wykorzystać do potwierdzenia wybranej tezy, to w tym przypadku przecież wystarczy sięgnąć po… zdrowy rozsądek. Jeśli państwa Unii Europejskiej funkcjonują na WSPÓLNYM rynku, jeśli ta organizacja jest wspólnotą prawną, to nie może być tak, że jakieś państwo respektuje jedynie to, co mu się podoba. Tak nie ma Wspólnoty!
Nawet Ralf Dahrendorf, twórca koncepcji Europy à la carte, o której dzisiaj niektórzy mówią w kontekście wyroku TK, nie mówił o odrzuceniu wspólnotowego dorobku prawnego. W swojej koncepcji ogłoszonej na Uniwersytecie we Florencji w 1979 roku ten niemiecko-angielski politolog zakładał, że państwa członkowskie niczym z restauracyjnego menu mogą wybierać, w które obszary działalności Unii chciałyby się zaangażować, czy będzie to polityka pieniężna, polityka socjalna czy polityka bezpieczeństwa i obrony. Jednak – jak podkreśliła opisująca koncepcję Dahrendorfa Małgorzata Smutek z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego – „idea Europy à la carte w wizji Dahrendorfa nie podważała działania w ramach jednolitych ram instytucjonalnych i nie dążyła do odrzucenia wspólnotowego dorobku prawnego, przyjmowała jednak mniej ambitną, międzyrządową koncepcję integracji europejskiej”.
Można chyba przyjąć, że obóz rządzący – mimo zaklinania, że to nieprawda – prowadzi przynajmniej do przyzwyczajania nas do myśli o wyjściu z Unii Europejskiej. Z jakiegoś powodu, bliski przecież prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu wicemarszałek Ryszard Terlecki mówił niedawno, że „powinniśmy myśleć nad tym, w jaki sposób możemy jak najbardziej współpracować, żebyśmy wszyscy byli w Unii. Ale żeby ta Unia była taka, jaka jest dla nas do przyjęcia”. A nawiązując do decyzji KE karach finansowych za kontynuację pracy kopalni w Turowie stwierdził, że “jeżeli pójdzie tak, jak się zanosi, to musimy szukać drastycznych rozwiązań“. I bez ogródek już dodał: „Brytyjczycy pokazali, że dyktatura brukselskiej demokracji im nie odpowiada. Odwrócili się i wyszli. My nie chcemy wychodzić, u nas poparcie dla uczestnictwa w UE jest bardzo silne. No, ale nie możemy dać się zapędzić w coś, co ograniczy naszą wolność i nasz rozwój”.
Jego kolega partyjny i klubowy w sejmie Marek Suski najpierw na wiecu w Radomiu, a potem podczas obrad komisji sejmowej przedstawił taką oto tezę: „Polska walczyła w czasie II wojny światowej z jednym okupantem, walczyła z okupantem sowieckim, będziemy walczyć z okupantem brukselskim. Bruksela przysyła nam namiestników, którzy mają doprowadzić Polskę do porządku, rzucić nas na kolana, żebyśmy byli może landem niemieckim, a nie dumnym państwem wolnych Polaków”. Po co to się mówi? Ktoś powie, że to takie polityczne harce, nie ma co się tym przyjmować. Nie podzielam tego lekceważenia, ale nawet gdyby przyjąć założenie, że to takie tylko gadanie, to pojawiły się także inne wypowiedzi, których celem jest swego rodzaju „przyzwyczajaniem nas” do nieobecności w UE.
Dwa dni przed posiedzeniem w gmachu TK prezes NBP prof. Adam Glapiński, polityk z grona tzw. „zakonu PC”, a więc założycieli partii Porozumienie Centrum, które było poprzednikiem PiS-u na Konferencji 590 powiedział: „My bez środków unijnych, którymi teraz się nas szantażuje, jesteśmy w stanie doskonale zapewnić sobie ten dynamiczny rozwój. Tym bardziej, że duża część tych środków to pożyczka, my sami możemy pożyczki brać, jakie chcemy. Każdy nam da”. Dlaczego dzień później –premier Mateusz Morawiecki zwrócił uwagę, że w nowym wariancie krajowego programu budowy dróg i autostrad, wartego 300 mld zł, 80 proc. środków pochodzi z budżetu państwa. “Nasz wzrost jest coraz mocniej oparty o wewnętrzne czynniki i stabilny system finansów publicznych, ale jednocześnie oczywiście bardzo dobrze jest nam rozwijać w ramach układu globalnego i europejskiego“. Czyli dobrze, że są pieniądze unijne, ale nie przesadzajmy!
Czemu tyle razy odwlekano posiedzenie w gmachu TK w sprawie wniosku pana premiera? Czemu nie został wycofany, o co apelował komisarz Didier Reynders? Czemu – doskonale wiedząc, że to blokuje wydanie opinii prze Komisję Europejską dla polskiego KPO – zdecydowano się na ten krok? Nie trzeba być zwolennikiem spiskowej teorii, by nie stawiać tych pytań. Reakcja demokratycznego świata też była dla rządu do przewidzenia. A ta jest jednoznaczna.
Lucas Guttenberg, zastępca dyrektora think tanku Delors Center w Berlinie zamieścił taki tweet: „Nie rozumiem, w jaki sposób Komisja i kwalifikowana większość państw członkowskich może zapalić zielone światło dla polskiego planu pozyskania pieniędzy z instrumentu naprawczego, dopóki obowiązuje to orzeczenie”. Monika Hohlmeier, posłanka do Parlamentu Europejskiego z niemieckiej chadecji: “Tym orzeczeniem Polska niestety żegna się z naszym europejskim porządkiem prawnym. Jeśli europejskie akty prawne nie będą już akceptowane, wątpliwe jest, czy Polska będzie mogła nadal korzystać z ogromnych funduszy unijnych, które obecnie otrzymuje”. Juan Fernando López Aguilar, hiszpański socjalista, przewodniczący parlamentarnej Komisji Wolności Obywatelskich oraz sprawozdawca w sprawie Polski oświadczył: “Ta decyzja Trybunału Konstytucyjnego, który jest podporządkowany rządowi PiS, przekracza ostateczną granicę członkostwa w UE i narusza podstawowe zasady prawa UE. Żądamy, aby Komisja wdrożyła mechanizm warunkowości budżetowej związanej z przestrzeganiem zasad państwa prawa ze skutkiem natychmiastowym i wszczęła postępowanie w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego przed TSUE przeciwko Polsce za złamanie traktatu i podważenie nadrzędności prawa UE.” Co rząd zrobi z takimi opiniami?
Jeśli Komisja Europejska wstrzyma na nieokreślony czas wydanie opinii do naszego Krajowego Planu Odbudowy, jeśli uruchomi mechanizm pieniądze za praworządność, to przecież ruszy pełną parą kampania wrogości wobec „brukselskich biurokratów”, czy jak woli Marek Suski „brukselskiego okupanta”. Przecież te pieniądze się Polsce należą!
Wystarczyło wsłuchać się w wypowiedzi posłów z obozu władzy podczas debaty w Parlamencie Europejskim właśnie na temat polskiego i węgierskiego KPO, w tym oczywiście o przyczynach braku opinii Komisji Europejskiej. Uczestniczący w niej komisarz ds. gospodarki Paolo Gentiloni od posła Patryka Jakiego usłyszał: „Pan mówi, że Polska otrzyma środki tylko wtedy, gdy Trybunał Konstytucyjny będzie orzekał w sprawie prymatu prawa tak, jak Pan sobie życzy. Innymi słowy, od lat oskarżacie Polskę o rzekomy brak niezależności wymiaru sprawiedliwości, a teraz co robicie? Przykładacie pistolet do głów sędziów i mówicie, że mogą orzekać tylko tak, jak wy chcecie. To nowy europejski standard niezależności”.
Łagodniej mówił Zbigniew Kuźmiuk, ale i on na koniec użył słów ważnych dla elektoratu: Komisja przygotowała obszerne rozporządzenie na ponad 30 stron, w którym precyzyjnie opisuje obowiązki kraju członkowskiego i samej Komisji. My wypełniliśmy wszystkie obowiązki wynikające z tego rozporządzenia, od kreski do kreski, wszystko. Wypełniliśmy to do połowy lipca. Komisja do tej pory nie mówi, jakiego rodzaju wątpliwości ma do polskiego planu. Padają tutaj z ust pana komisarza jakieś ogólniki. Panie Komisarzu, Komisja nie może się tak zachowywać. Polska jako suwerenny, 40-milionowy kraj, nie może się poddać takiemu szantażowi. W podobne tony uderzyli Jadwiga Wiśniewska, Joachim Brudziński, czy była premier Beata Szydło.
Zaprzyjaźnione czy podporządkowane władzy media będą pompowały obronę suwerenności, wrogość mitycznej Unii, łamanie traktatów, poszerzanie kompetencji przez Komisję Europejską, kompletnie pomijając fakt, że wszystko co się dzieje jest skutkiem kilkuletnich działań rządu w Polsce, ale też na unijnym forum! Mówienie, że Komisja działa sprzecznie z prawem jest oczywistą nieprawdą. Sprytnie podsuwa się zapisy traktatowe, siłą rzeczy ogólne, by wykazywać, że „nigdzie w traktatach nie jest napisane…. itd. Tyle, że Unia Europejska działa w myśl zasad traktatowych, ale też całego dorobku prawnego Wspólnoty! W tym dorobku są też przyjęte zgodnie z prawem rozporządzenia. I to w rozporządzeniu o Funduszu Odbudowy i Odporności są kryteria, na podstawie których Komisja wydaje opinię. Jednym z nich jest gwarancja niezawisłości sądów, gdyby doszło do jakichś sporów związanych z wydawanie pieniędzy z Funduszu. Polski rząd to rozporządzenie zaakceptował!!!
Podobnie jest z rozporządzeniem w skrócie określanym: „pieniądze za praworządność”. Na nie co prawda polski i węgierski rząd się nie zgodził, ale zostało ono przyjęte zgodnie z prawem, czyli przez Parlament Europejski i wymaganą większość w Radzie Unii Europejskiej. Można powiedzieć, że rzeczywiście Komisja nieco łamie to prawo, bo postanowiła w geście dobrej woli nie uruchamiać mechanizmu, zanim TSUE wyda wyrok, czy jest on zgodny z prawem UE. Ma to zrobić z powodu zaskarżenia rozporządzenia przez rząd Polski i Węgier. Ale formalnie mechanizm jest, działa od 1 stycznia tego roku. Jeśli dojdzie w końcu do jego uruchomienia, czego coraz mocniej domaga się Parlament Europejki, to nie będzie to skutek intrygi brukselskich biurokratów tylko konieczność wykonania prawa będącego w dorobku prawnym Wspólnoty.
Kto by tam jednak zawracał sobie głowę tymi niuansami! Atakują nas, obrażają, szykanują, bo ta cała lewacka Europa nie lubi prawicowego, konserwatywnego, polskiego rządu, który troszczy się o tradycje narodowe, mając mandat od suwerena. To będzie przekaz na każdy dzień rozsyłany smsami, a potem się zdziwimy, jak – nawiązując do cytowanych słów marszałka Terleckiego – władza poszuka „drastycznych rozwiązań”. Obym się mylił.
Maciej Zakrocki

