Głosowało 707 posłów, za było 461, przeciw 157, a 89 wstrzymało się od głosu. To niezły wynik, bo warto przypomnieć, że za samą Ursulą von der Leyen głosowało zaledwie 9-ciu posłów więcej ponad niezbędne minimum, kiedy Parlament Europejski zatwierdzał jej kandydaturę.  Teraz cały skład „jej” Komisji otrzymał wyższe poparcie niż ekipa Jeana-Claude’a Junckera 5 lat temu. Od 1 grudnia nowi komisarze mogą brać się do pracy.

Jeszcze nigdy w historii ukonstytuowanie się nowej unijnej egzekutywy nie było tak skomplikowane. Już w minionych latach Parlament kwestionował poszczególne kandydatury, zmuszając rządy do wystawienia kogoś innego. Czasem tylko wywierał skuteczny nacisk, by lepiej poszukać kogoś innego. Tym razem pokazał pazury.

Już w pierwszym podejściu odpadli na poziomie zbadania, czy nie ma konfliktu interesów, kandydaci z Rumunii i Węgier. Rovana Plumb i László Trócsányi nie otrzymali od Komisji Prawnej szansy wysłuchania przed komisjami tematycznymi. W przypadku Plumb za dużo było wątpliwości o charakterze finansowym, mówiąc delikatnie. Jeśli zaś chodzi o pana Trócsányi’ego, formalnie chodziło o jego firmę prawniczą z lat 90., powiązaną z rządem. A tak naprawdę o jego pracę w roli ministra sprawiedliwości w rządzie Wiktora Orbana i odpowiedzialność za ustawy uznawane w Europie za odbiegające od zasad państwa prawa. Węgierski premier się wkurzył, ale szybko wystawił kolejnego kandydata, swojego człowieka w Brukseli, czyli ambasadora Oliviera Várhelyi’ego. Ale i on nie miał łatwo.

Po pierwszym przesłuchaniu przez posłów nie dostał rekomendacji, tylko poproszono go o odpowiedź pisemną na kilka pytań. Podstawowy problem, jaki mieli posłowie, to jego uległość wobec Wiktora Orbana i obrona rządu w Brukseli w sprawach nie do obrony. Tym bardziej było to dla posłów ważne, bo kandydat otrzymał propozycję objęcia teki ds. rozszerzenia, czyli miałby sprawdzać, czy jakieś państwo kandydujące do Unii spełnia normy państwa prawa… Kandydat solennie zapewniał, że z chwilą wyboru żaden rząd nie będzie miał na niego wpływu, a on sam będzie działał zgodnie z unijnymi traktatami i ich duchem. Posłowie ostatecznie uwierzyli.

Gorzej było w przypadku Rumunii. W tym samym bowiem czasie doszło tam do upadku socjalistycznego rządu i pani premier Viorica Dăncilă postanowiła rzutem na taśmę wystawić kolejnych kandydatów, ale wtedy wkroczył prezydent kraju, Joannis, który przekazał prośbę do przewodniczącej-elektki, aby nie przyjmowała kandydata rządu, który nie rządzi. Nowy premier, Ludovic Orban (żadnych rodzinnych koneksji z premierem Węgier) wyznaczył dwoje kandydatów, jak chciała von der Leyen i od razu powiedzmy, że ostatecznie rumuńskim komisarzem została Adina Valean.

Największe zdziwienie budziła sprawa kandydatki z Francji. Sylvie Goulard, dość dobrze przygotowana, posłanka do PE, znająca się na Unii, przepadła w związku z problemami związanymi z zatrudnianiem i wynagradzaniem asystentów w Parlamencie Europejskim. Było to trochę dęte, stąd na korytarzach mówiło się, że w istocie posłom z Europejskiej Partii Ludowej i S&D, czyli socjalistom zależało na upokorzeniu Emmanuela Macrona. Niech sobie nie myśli, że może tak bez konsekwencji blokować polityków chadecji i socjalistów w Radzie Europejskiej. Największą „gulę” mieli socjaliści, którzy bardzo liczyli, że ich człowiek, Frans Timmermans zostanie szefem Komisji Europejskiej. Wiadomo było, że to Macron tę nominację utopił, to teraz utopiono jego kandydatkę na komisarza. Francja musiała przyjąć ten policzek z godnością i wystawiła Thierry’ego Bretona.

I znowu pojawiło się ryzyko blokady. Francuscy socjaliści w PE zaczęli mówić, że Breton miał związek z tzw. aferą Rhodi, oszustwami francuskiej firmy farmaceutycznej na przełomie XX i XXI wieku. Dodatkowo wskazywali na możliwy konflikt interesów, ponieważ obecna firma Bretona, Atos, korzystała z funduszy UE. Ostatecznie jednak Breton otrzymał pozytywną rekomendację.

Ale to nie koniec kłopotów. Pojawił się bowiem problem braku… Brytyjczyka. Prawnicy Komisji i Rady dostali zadanie, by znaleźć furtkę, a w tzw. międzyczasie Ursula von der Leyen ładnie poprosiła Borisa Johnsona, by kogoś jednak wyznaczył. Brytyjski premier najpierw sugerował, że się nie będzie wygłupiał, bo przecież zaraz wychodzą z Unii! Ale naciskany odpowiedział, że zabrania mu tego… brytyjskie prawo. Stanowi ono bowiem, że rząd nie może podejmować żadnych zobowiązań międzynarodowych w okresie kampanii wyborczej! W tej sytuacji Komisja uruchomiła procedurę naruszenia przez Wielką Brytanię unijnego prawa i skierowała sprawę do Trybunału Sprawiedliwości UE…

Nie zmieniło to faktu, że pojawiła realna się groźba, iż znowu nowa Komisja nie rozpocznie pracy 1 grudnia. No bo z jednej strony Traktat Lizboński mówi, że Komisja składa się z minimum 2/3 liczby państw członkowskich. Czyli 27 komisarzy na 28 państw może bez problemu być. Ale w 2013 roku Rada Europejska postanowiła, że utrzymana zostaje zasada: każde państwo członkowskie ma swojego komisarza. Ostatecznie prawnicy dali zielone światło, aby głosowanie przeprowadzić, ale niektórzy nadal uważają, że zawsze ktoś będzie mógł podważyć legalność tej Komisji. Jest podobno opinia, która mówi, że lepiej by ta Komisja nie podejmowała decyzji z obszaru konkurencji i handlu do czasu wyjaśnienia sytuacji z Brytyjczykami. A to może potrwać…

Nie miał łatwo w tej grze kandydat polskiego rządu, Janusz Wojciechowski. Przepadł po pierwszym przesłuchaniu przed Komisją Rolnictwa, potem słabo odpowiedział na pytania pisemne i dopiero podczas drugiego spotkania z posłami zdobył rekomendację. Nie daje mu to mocnego mandatu. Co więcej – zgodnie z podziałem wewnątrz samej Komisji będzie podlegał… Fransowi Timmermansowi. Jak mnie zapewniał, miał już długą i dobrą rozmowę z panem wiceprzewodniczącym. Zobaczymy, jak to się będzie układało, bo sam Timmermans może łatwo wchodzić w konflikt z polskim rządem, tym razem w kontekście Nowego Zielonego Ładu, za który odpowiada, a to nie ułatwi współpracy z Wojciechowskim.

Po środowym głosowaniu generalnie było dużo dobrych emocji. Nie tylko lewica wyrażała radość, że na czele Komisji Europejskiej po raz pierwszy stanęła kobieta i że tak wyraźna jest równowaga płci w całym składzie kolegium. Już pewnie nie wszyscy, ale z pewnością większość Niemców jest dumna, że to Niemka, choć urodzona w Brukseli. Będą oczywiście tacy, którzy zwrócą uwagę, że stara prawda, iż to Niemcy są w UE najważniejsi, nie musi już być ukrywana. W nowej Komisji zasiada sporo doświadczonych komisarzy, którzy będą pracowali kolejną kadencję, jak wspomniany Timmermans, ale też Dombrovskis, Šefčovič, Vestager, Jourová czy Hahn.

W Polsce często słychać pytanie, czy ta Komisja będzie równie stanowcza w walce o rządy prawa. Sama VDL, jak się w skrócie mówi się o pani przewodniczącej, zapewniała wielokrotnie, że praworządność pozostaje jednym z jej priorytetów, choć dodawała, że pilnowanie zasad musi odnosić się do wszystkich jednakowo. Nowy Zielony Ład może być – jak wspomniałem – źródłem nowych konfliktów rządu, a to o neutralność klimatyczną do 2050 roku, a to handel emisjami czy o pieniądze na fundusz transformacji, czyli pomoc dla regionów „pogórniczych”. Z pewnością wróci sprawa solidarnego rozwiązywania problemu uchodźców, bo ich napływ choć wyraźnie mniejszy, nie ustępuje. W swoim exposé w Strasburgu VDL zapowiedziała powrót do poważnych rozmów w sprawie unijnego rozwiązania problemu.

Kadencja nowej Komisji rusza 1 grudnia. Będzie się działo…

Maciej Zakrocki, Strasburg