Pieniądze za praworządność – ta zasada, czy to się komuś podoba czy nie, zostanie wprowadzona. Może będzie rozmyta, pozbawiona ostrych zębów, ale będzie. Warto zatem, by ci, którzy z tą praworządnością mają problemy, zrobili sobie bilans potencjalnych zysków i strat.
Ciągnie się to od kilku lat, kiedy to poczynania rządu Wiktora Orbana, a później ekipy Zjednoczonej Prawicy w Polsce zaczęły przyprawiać Europę o ból głowy. Wysypały się raporty o stanie praworządności w tych państwach, pojawiły się rezolucje Parlamentu Europejskiego wzywające do powrotu do rządów prawa. Mamy w pamięci burzliwe debaty w Brukseli i Strasburgu z węgierskim premierem dumnym z budowy systemu nieliberalnej demokracji, w ramach którego można było zagrozić między innymi likwidacją Europejskiego Uniwersytetu w Budapeszcie. Pamiętam dramatyczne pytanie Guy Verhofstadta, szefa liberałów w PE podczas jednej z debat z premierem Orbanem: „Jaki będzie pana kolejny krok? Będzie pan palił książki na placu Kossutha przed Parlamentem?”
Szef polskiego rządu tylko raz stawił się na debatę o Polsce. Była to pani premier Beata Szydło, a wydarzenie miało miejsce 19 stycznia 2016 roku, zaraz po tym, jak Komisja Europejska uruchomiła wobec Polski pierwszą procedurę „ochrony państwa prawnego w UE”. Bardzo ciekawą „zbitką” był fakt, że tuż przez nią w tej samej sali wystąpił… Donald Tusk, jako szef Rady Europejskiej, który zdawał posłom relację z ostatniego szczytu UE. Spytany co myśli o tym, że za chwilę będzie tu debata w Polsce w kontekście łamania przez rząd zasad praworządności były premier mówił: „Jak mówiłem kilka dni temu na spotkaniu z grupami politycznymi w Parlamencie, Unia Europejska ma prawo i obowiązek angażować się w trudny i otwarty dialog z władzami każdego kraju członkowskiego, w którym rządy prawa i normy demokracji mogą być naruszane. Ale proszę nie oczekujcie państwo, że będę zadowolony i pełen entuzjazmu w związku z uruchomieniem procedury w sprawie Polski. Musicie zrozumieć, że to coś bardzo trudnego dla mnie”. Godzinę później szefowa polskiego rządu tłumaczyła posłom konieczność „reformy” wymiaru sprawiedliwości oczekiwaniami wyborców, którzy dali jej obozowi demokratyczny mandat do rządzenia. Większości nie przekonała. Ówczesny lider grupy socjalistów, Gianni Pittella mówił, że jego grupa całym sercem jest po stronie tych „tysięcy Polaków, którzy niedawno wyszli na ulicę, by bronić demokracji i praworządności. Ma pani pełną legitymację demokratyczną. Może pani rządzić w swoim kraju, ale jednak z poszanowaniem europejskich wartości i europejskiego prawa”.
Mijały miesiące i lata, a rządy w Budapeszcie i Warszawie robiły swoje, mimo uruchamiania przez Komisję Europejską kolejnych procedur „naruszeniowych”, kierowania spraw do TSUE, opinii Komisji Weneckiej czy raportów Rady Europy. Doszło w końcu do uruchomienia po raz pierwszy w dziejach Wspólnoty procedury z art. 7 Traktatu UE, który mówi o postępowaniu wobec państwa, które narusza zasady rządów prawa. Komisja Europejska tę procedurę uruchomiła wobec Polski, a Parlament Europejski wobec Węgier. Ale i to niewiele dało, bo paragraf nr 2 art. 7 mówi, że: „Rada Europejska, stanowiąc jednomyślnie na wniosek jednej trzeciej Państw Członkowskich lub Komisji Europejskiej i po uzyskaniu zgody Parlamentu Europejskiego, może stwierdzić, po wezwaniu Państwa Członkowskiego do przedstawienia swoich uwag, poważne i stałe naruszenie przez to Państwo Członkowskie wartości, o których mowa w artykule 2”. Polski rząd jest „dogadany” z węgierskim, że jakby doszło do punktu nr 2 to jednomyślności nie będzie. Można zatem było dalej lekceważyć unijne zagrożenia.
Widząc słabości systemu, praktyczną niemożność egzekwowania przestrzegania praworządności, w Komisji Europejskiej i w Parlamencie zaczęto myśleć o stworzeniu nowego narzędzia, które mogłoby mieć realny wpływ na politykę niesfornych rządów. Pojawił się pomysł stworzenia „stałego mechanizmu kontroli praworządności w państwach członkowskich”. Sophie in’ t Velt z grupy liberałów, dzisiaj Renew Europe napisała pomysł tego mechanizmu, a Komisja Europejska zaczęła pracować nad dokumentem legislacyjnym. Specjalnie podkreślono, że to ma być „monitoring” rządów prawa w każdym państwie, by rządzącym w Polsce i na Węgrzech wytrącić z ręki argument, że oto „lewicowi biurokraci z Brukseli” uwzięli się na prawicowe rządy.
Równoległe rosła presja powiązania wypłat z budżetu Unii z oceną rządów prawa. Szczególnie była widoczna w państwach, które są „płatnikami netto” do unijnej kasy. I orędownikami takiego łączenia nie byli tylko politycy, ale tzw. „zwykli ludzie”. Pamiętam moją rozmowę z komisarzem Jyrki Katainenem, który w Komisji Junckera odpowiadał za miejsca pracy, rozwój, inwestycje i konkurencyjność. Opowiadał, że spotykając się w swoim kraju z obywatelami, ale – dodawał – tak samo jest w Danii, Szwecji czy Holandii, mówili mu, że nie chcą by „ich pieniądze” były wypłacane rządom łamiącym praworządność. Gdy unijna agencja OLAF, która między innymi pilnuje uczciwości w wydawaniu unijnych funduszy stwierdziła, że na Węgrzech zięć premiera wygrywa przetargi na inwestycje z unijnym wsadem, ta presja jeszcze bardziej się nasiliła! Bo to już nie była tylko sprawa oceny praworządności, ale dodatkowo nepotyzmu i korupcji. Było jasne, że trzeba słowa przekuć w czyny.
I tak oto 30 września Komisja Europejska przedstawiła pierwsze w dziejach Unii „roczne sprawozdanie na temat sytuacji w zakresie praworządności w całej Unii Europejskiej”. Sprawozdanie dotyczy czterech głównych filarów mających duży wpływ na poszanowanie praworządności: krajowych systemów wymiaru sprawiedliwości, ram antykorupcyjnych, pluralizmu i wolności mediów oraz innych kwestii instytucjonalnych związanych z mechanizmami kontroli i równowagi, które mają zasadnicze znaczenie dla skutecznego systemu demokratycznych rządów.
Sprawozdanie zostało przedstawione przez dwoje komisarzy, którzy się tymi sprawami zajmują: Věrę Jourovą, wiceprzewodniczącą Komisji ds. wartości i przejrzystości oraz Didiera Reyndersa, któremu podlegają wymiar sprawiedliwości i konsumenci. Pani komisarz mówiła: „W nowym sprawozdaniu po raz pierwszy przeanalizowano w równym stopniu wszystkie państwa członkowskie, aby określić tendencje w zakresie praworządności i pomóc zapobiegać powstawaniu poważnych problemów. Każdy obywatel zasługuje na dostęp do niezależnych sędziów, czerpanie korzyści z wolnych i pluralistycznych mediów oraz pewność co do tego, że jego prawa podstawowe są przestrzegane. Tylko wtedy możemy nazywać się prawdziwą unią krajów demokratycznych”.
Z kolei Didier Reynders podkreślał, że „naszym celem jest stworzenie prawdziwej kultury praworządności w całej Unii Europejskiej oraz zainicjowanie rzeczywistej debaty na szczeblu krajowym i unijnym”. Niestety, czy nam się to podoba czy nie, z ową kulturą praworządności najgorzej jest w naszej części Europy. Raport odnosi się do wszystkich, ale jasno z niego wynika, że najwięcej kłopotów jest oczywiście w Polsce i na Węgrzech, ale też w Bułgarii, Rumunii czy Słowenii. Z grupy państw „dużego rozszerzenia” w 2004 roku także Malta miała sporo kłopotów, głównie po zabójstwie dziennikarki śledczej Daphne Caruany Galizii, ale teraz wskazuje się, że w tym kraju doszło od tamtego tragicznego zdarzenia do znaczącej poprawy.
Przy okazji prezentacji sprawozdania spytano panią komisarz Jourovą, czemu wybrano akurat te 4 obszary do oceny stanu praworządności. Warto zwrócić uwagę na odpowiedź, bo jest ona ewidentnie nawiązaniem do argumentacji polskich władz, które zawsze podkreślały, że przeprowadzając reformy biorą rozwiązania z systemów obecnych w innych państwach Unii, którym nikt braków w praworządności nie zarzuca. Komisarz Jourová mówiła tak: „Ponieważ to ważne, aby mieć przegląd tych spraw i widzieć połączenia między nimi. Ponieważ różne niedociągnięcia często tworzą nie dającą się wypić mieszankę (undrinkable cocktail), nawet jeśli poszczególne składniki wydają się być dobre”. Dlatego Komisja podkreśla też, że nie jest problemem jakie zastosuje się jedno rozwiązanie w tym czy innym obszarze. Istotne jest, jaki z tego wyłania się cały system, ponieważ jej rolą będzie sprawdzanie czy nie dochodzi w jakimś kraju do „systemowego” naruszenia zasad państwa prawa.
Nietrudno się domyślić jaka była (jest) reakcja rządów w Polsce i na Węgrzech. Sprawozdanie skrytykowano, a kiedy komisarz Didier Reynders przybył do posłów Parlamentu Europejskiego z komisji Wolności Obywatelskich, by omówić dokument, od pana Patryka Jakiego usłyszał te same argumenty. W Polsce stosuje się dzisiaj te same rozwiązania co w innych państwach, ale tam wolno, a u nas nie. Za przykład pan poseł podał kwestie powoływania sędziów w Polsce i Hiszpanii oraz biura antykorupcyjnego, które w Polsce, podobnie jak w Niemczech jest w rękach władzy wykonawczej. Widać pan poseł nie słyszał – moim zdaniem bardzo trafnego powiedzenia – pani komisarz Jourovej o „undrinkable cocktailu”.
Posłanka Jadwiga Wiśniewska z kolei wróciła do innego, starego argumentu, że Komisja nie ma prawnych kompetencji do prowadzenia takich działań. Mówiła: „KE nie ma więc żadnych uprawnień traktatowych do takiej działalności raportowej. Prezentowany dziś raport jest zatem przykładem łamania prawa europejskiego i prezentuje opinię tylko jednej strony sporu politycznego. Jest on więc nierzetelną publicystyką”. Co jeszcze musi się stać, by jednak przyznać, że pora zmienić podejście do sprawy? Czy jest sens wyskakiwać ze wspólnym pomysłem stworzenia przez Polskę i Węgry Instytutu Badania Praworządności? Czy wiarygodności rządu Wiktora Orbana dodaje wniosek o dymisję Věry Jourovej, która w wywiadzie prasowym powiedziała, że „większość Węgrów nie jest w stanie ocenić sytuacji politycznej w sposób niezależny”, a demokracja, którą buduje Orban i nazywa nieliberalną, pani komisarz nazwałaby „chorą”? Nawet jeśli to mocne słowa, to chyba uprawnione? Najlepszy dowód, że Ursula von der Leyen sprawę ucięła krótko: „Mam pełne zaufanie do Jourovej”.
Może realna groźba wstrzymania wypłat z unijnego budżetu doprowadzi do zmiany „narracji”? A taka groźba jest! W tym samym tygodniu, gdy dyskutowano sprawozdanie komisji o praworządności niemiecka prezydencja przedstawiła do negocjacji projekt dokumentu, który wprowadza – mówiąc żargonem unijnym – „warunkowość” wypłat. Jest – jak mówią autorzy – „kompromisowy”, bardzo osłabiono w nim zapisy o sposobie nałożenia kar, głosowania, ale to nie znaczy, że „warunkowości” w nim nie ma. Poza tym, to nie koniec sprawy! Bo nie tylko znowu rządy w Warszawie i Budapeszcie sprzeciwiają się tej propozycji. Protestuje też Holandia wspierana przez Finlandię, Szwecję, Austrię i Danię, tyle, że rządy tych państw chcę przywrócenia ostrości tego narzędzia. Podobnie myśli większość w Parlamencie Europejskim, który musi się na ten instrument zgodzić. Zwracano uwagę na mocne wypowiedzi kilkorga posłów, z których przytoczę dwie. Niemiecka posłanka z SPD Katarina Barley mówiła: „Stanowisko w sprawie klauzuli praworządności w budżecie UE to krok Rady w stronę Orbana, a nie Parlamentu Europejskiego” i zapowiedziała nieustępliwą walkę. Wtórował jej Daniel Freund z grupy Zielonych, który uważa, że “Berlin pozwolił się szantażować Orbanowi i spółce, i ustąpił przed żądaniami z Budapesztu”. I też zapowiedział, że na tym nie koniec.
Oczywiście krnąbrne rządy coś przebąkują o możliwości sięgnięcia przez nie po weto, które mogłoby zablokować uruchomienie Funduszu Odbudowy, tak oczekiwanego przez wiele państw mocno uderzonych przez pandemię. Rzeczywiście w procesie tworzenia tego Funduszu konieczna jest ratyfikacja przez wszystkie parlamenty krajowe dokumentu, który pozwoli Unii stworzyć nowe „zasoby własne”, zwiększające wpływy do unijnego budżetu. Bo dopiero z takim zwiększonym budżetem Komisja Europejska będzie mogła ruszyć na rynki finansowe po „Wielką Pożyczkę” czyli 750 mld euro, czyli tyle, ile ów Fundusz ma wynosić. Jednak sięgnięcie po broń atomową, czyli weto w tej sprawie będzie poważnym problemem wizerunkowym. W kraju i całej Unii. W Polsce przecież pan premier po lipcowym szczycie chwalił się, jak to dużo pieniędzy dla Polski „wywalczył”. I teraz co? Miałby powiedzieć, że jednak ich nie będzie? A w całej Unii znowu obydwa rządy będą na cenzurowanym jako te, które przeszkadzają, psują, uniemożliwiają. Niektórzy mają ich po prostu dość. Tym bardziej, że nigdy nie usłyszeli mądrej, przekonującej odpowiedzi na proste pytanie: Czemu rządy, polski i węgierski tak ostro protestują przeciwko tym mechanizmom, skoro ciągle dowodzą, że z praworządnością nie mają problemu?
Niestety: ciąg dalszy nastąpi…
Maciej Zakrocki

