9 maja, w Dniu Europy, wystartowała Konferencja o jej przyszłości. Można powiedzieć: w końcu! I jest w tym odrobina uszczypliwości: jeśli bowiem można to opóźnienie częściowo tłumaczyć pandemią, to jednak nie można też zapomnieć o długich sporach między instytucjami UE, jej przedstawicielami, by ustalić, kto będzie w tej Konferencji mniej, a kto bardziej ważny. W każdym razie politycy zrobili wiele, aby pomysł nieco spalić na starcie. Czy teraz obywatele, którzy mieli być esencją w tej debacie, zechcą w niej aktywnie uczestniczyć? – pisze specjalnie dla Eurowyborów MACIEJ ZAKROCKI.

Maciek

Pomysł rzucił prezydent Francji, Emmanuel Macron w 2019 roku. Spodobały mu się debaty, jakie organizował we Francji, w różnych regionach i które zostały dobrze odebrane przez Francuzów. Rzeczywiście mieli oni wrażenie, że prezydent stworzył im możliwość prowadzenia z nim szczerej rozmowy, że naprawdę chce ich wysłuchać, a potem wcielać w życie to, czego obywatele od niego oczekują. Wpisywało się to też w trend widoczny także poza Francją: skoro ludzie są nieco zmęczeni „starymi” politykami i dotychczasowymi formami demokracji bezpośredniej, trzeba obok tego stworzyć coś nowego, uzupełniającego demokrację.  Dobrym przykładem nowego trendu było Zgromadzenie Obywatelskie, które powołano w Irlandii, by załatwić sprawę od dekad nie do załatwienia: nowe prawo dotyczące aborcji.

Dla katolickiej Irlandii rekomendacje Zgromadzenia były rewolucyjne, ale też zbawienne: to, czego politykom nie udawało się zrobić, zrobili obywatele w nowej formule demokracji. To duży skrót myślowy, ale z podobnego założenia wyszedł Macron, a za nim kolejni unijni politycy: nie ruszymy z reformą UE z miejsca, jeśli nie oddamy sprawy w ręce ludzi. Dodajmy: przy zachowaniu nad tym kontroli.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen złapała piłeczkę rzuconą przez Macrona. 10 lat po przyjęciu traktatu lizbońskiego, po takich doświadczeniach jak kryzys finansowy i obecny kryzys wywołany przez Covid-19 było jasne, że Europa potrzebuje nowej wizji, nowej opowieści, być może nowych kompetencji. Komisja Europejska pani VDL postanowiła przedstawić propozycję.  Zaproponowała Konferencję o przyszłości Europy z udziałem… wszystkich obywateli, by wyglądało, że Europę będzie się zmieniać oddolnie, zgodnie z oczekiwaniami ludzi. Jednocześnie na początku zastrzegano, że o zmianie traktatów mowy nie ma.

Debata z udziałem wszystkich była też odpowiedzią na od lat powtarzany, choć moim zdaniem nieprawdziwy slogan, że w Unii Europejskiej mamy deficyt demokracji, że biurokraci unijni kompletnie oderwani od ludzi narzucają im swoje, urzędnicze wizje. Wystarczy się spokojnie zastanowić, by uznać ten argument za fałszywy: posłowie do Parlamentu Europejskiego wybierani są w demokratycznych wyborach. W Radzie Europejskiej mamy szefów państw i rządów wybieranych w demokratycznych wyborach. W Radzie UE mamy ministrów rządów także z demokratycznego nadania. W Komisji Europejskiej mamy komisarzy, których desygnują demokratyczne rządy. Kandydaci na komisarzy przechodzą wysłuchania w Parlamencie Europejskim (czasem odpadają!) i na końcu skład Komisji musi być zaakceptowany przez większość posłów tego parlamentu (wybranych demokratycznie!). Gdzie tu jest deficyt demokracji? Ale skoro mimo wszystko ludzie tak sądzą, to niech teraz się wypowiedzą podczas Konferencji, jak ta Unia ma wyglądać i będzie demokratycznie.

Już na początku Konferencję opakowano w symbole. Miała wystartować 9 maja 2020 roku, w 70. rocznicę Deklaracji Schumana i 75. rocznicę zakończenia II wojny światowej. To był czas chorwackiej prezydencji, więc pojawiły się kolejne symbole: Konferencja ruszy w czasie przewodnictwa najmłodszego kraju członkowskiego, z okrutnymi doświadczeniami bałkańskiej tragedii z lat 90. i najlepiej w Dubrowniku, w ładnej scenerii miasta-symbolu nacjonalistycznej wojny. Zakończyć się miała w pierwszym półroczu 2022 roku, kiedy to prezydencję będzie sprawować Francja, co miało być ukłonem w stronę pomysłodawcy, a samemu Macronowi przydać się w kampanii prezydenckiej.

W czasie pracy nad konkretami zaczęły się schody. Każda z instytucji miała ambicję przeforsować swój pomysł, a ponieważ w UE podejmuje się decyzje w dialogu między Komisją, Radą i Parlamentem, to wszystkie przygotowały swoje stanowiska. Parlament przyjął je w rezolucji z 15 stycznia 2020 roku. Co charakterystyczne w pierwszych punktach jest sporo o udziale obywateli, choć z każdym punktem ten udział się komplikuje! W punkcie 2. czytamy, „że celem konferencji powinno być przyjęcie podejścia oddolnego do bezpośredniego angażowania obywateli w konstruktywny dialog”, w 3., że „przed rozpoczęciem konferencji należy rozpocząć etap słuchania, aby obywatele z całej Unii Europejskiej mogli podzielić się swoimi pomysłami, sugestiami i zaproponować własną wizję tego, co oznacza dla nich Europa”. W 4. już pojawiają się drobne problemy: „udział obywateli w konferencji powinien być zorganizowany w taki sposób, aby odzwierciedlać różnorodność naszych społeczeństw”. W dalszych dyskusjach zaczęto tworzyć różne „filtry”, żeby wspomnieć np. o postulacie proporcjonalnego uczestnictwa ludzi poniżej 25. roku życia.

Po podkreśleniu, że to ma być oddolna debata Europejczyków, zaczęła się batalia o udział tych, „którzy muszą przecież być”, o kontrolę instytucjonalną nad Konferencją, o to, kto będzie w jej zarządzie, kto będzie miał status obserwatora przy zarządzie, kto zasiądzie we wspólnym sekretariacie, kto będzie miał swoją reprezentację w sesjach plenarnych, itd. Czyli smutna walka o to, kto jest ważny, a kto mniej i czy na pewno będzie jakieś znaczące stanowisko dla byłego premiera Belgii Guy Verhofstadta, od lat posła w Parlamencie Europejskim. I piszę to akurat mając dużo sympatii dla tego polityka! Można z żalem stwierdzić, że te konferencje o Konferencji trwały w sumie tyle, co sama zaplanowana debata.

Wreszcie 10 marca tego roku doszło do – a jakże – uroczystego podpisania Wspólnej Deklaracji dotyczącej Konferencji, a podpisy składali Ursula von der Leyen w imieniu Komisji, Antonio Costa w imieniu Rady i David Sassoli w imieniu Parlamentu. Pani przewodnicząca mówiła: „Oczekiwania obywateli są jasne: chcą zabrać głos na temat przyszłości Europy w sprawach, które mają wpływ na ich życie. Nasza obietnica jest równie jasna: wysłuchamy ich. A następnie będziemy działać.” Premier Portugalii z kolei podkreślił, że „zwołanie konferencji w sprawie przyszłości Europy jest sygnałem zaufania i nadziei na przyszłość, jaki wysyłamy Europejczykom. Ufamy, że uda nam się przezwyciężyć pandemię i kryzys; mamy nadzieję, że wspólnie zbudujemy sprawiedliwą, zieloną i cyfrową przyszłość dla Europy.” Także socjalista, tyle że włoski, David Sassoli przekonywał, że „Konferencja w sprawie przyszłości Europy będzie niepowtarzalną okazją dla wszystkich obywateli Unii i naszego społeczeństwa obywatelskiego do kształtowania przyszłości Europy; będzie wspólnym projektem na rzecz funkcjonującej demokracji europejskiej. Apelujemy, aby każdy zabrał głos, by przyczynić się do budowy przyszłości Europy, do budowy „TWOJEJ Europy”.

W samej deklaracji warto zwrócić uwagę na równie piękne założenia, by potem skonfrontować je z efektem końcowym. Czytamy w niej między innymi: Konferencja w sprawie przyszłości Europy to ukierunkowane na obywateli, oddolne zadanie, dzięki któremu Europejczycy mogą zabrać głos na temat tego, czego oczekują od Unii Europejskiej. Zapewni obywatelom większą rolę w kształtowaniu przyszłych strategii politycznych i ambicji Unii, zwiększając jej odporność. Co więcej: Niniejszym wspólnie zobowiązujemy się do wysłuchania Europejczyków i podjęcia działań wynikających z zaleceń konferencji, przy pełnym poszanowaniu naszych kompetencji oraz zasad pomocniczości i proporcjonalności zapisanych w traktatach europejskich. Wykorzystamy okazję, by ugruntować demokratyczne umocowanie i funkcjonowanie projektu europejskiego, a także utrzymać poparcie obywateli UE dla naszych wspólnych celów i wartości, poprzez zaoferowanie tym obywatelom kolejnych sposobności wyrażenia opinii.

Jeśli ktoś myśli, że z chwilą podpisania Wspólnej Deklaracji zakończyły się przepychanki organizacyjno-formalne, to się myli. Kolejne kłopoty pojawiły się 24 marca, z chwilą rozpoczęcia pracy zarządu i ustalania dalszych kroków.  Kto w nim się znalazł? Może dla historii warto wymienić wszystkich członków: współprzewodniczącymi są wspomniany Guy Verhofstadt z grupy Odnowić Europę z Parlamentu, Ana Paula Zacarias, minister ds. europejskich Portugalii w imieniu Rady i wiceprzewodnicząca Komisji, Dubravka Šuica. Członkami zarządu są: Manfred Weber, szef EPL w Parlamencie oraz Iratxe García Pérez, przewodnicząca Grupy Socjalistów w tej izbie. Kolejni to reprezentanci kolejnych prezydencji w Radzie UE, czyli Słoweniec Gasper Dovzan, minister ds. europejskich tego kraju i Clément Beaune, jego odpowiednik z Francji. Są jeszcze z Komisji Europejskiej Maroš Šefčovič i Věra Jourová. Szczególnie reprezentacja Parlamentu Europejskiego może budzić pytania i budzi.

Jest bowiem w tej izbie 7 grup politycznych, a tylko trzy, w sumie o podobnej wizji Europy, są reprezentowane w zarządzie. Trudno się dziwić, że np. Konserwatyści i Reformatorzy, w której to grupie jest między innymi PiS, a która dostała jedynie status obserwatora, mają do Konferencji stosunek krytyczny. Profesor Ryszard Legutko mówił na ten temat tak: „Obawiamy się, że ten proces celowo ma na celu podważenie demokracji państw narodowych opiniami samozwańczych przywódców i działaczy federalistycznych. W najlepszym przypadku będzie to przypadkowa i niereprezentatywna mieszanka głosów, która nie ma głębszego uzasadnienia ani znaczenia. Istnieje niebezpieczeństwo, że doprowadzi to do wielkiego Tohuwabohu, który pozostawi wszystkich rozczarowanych lub w konflikcie”.

 Pan profesor od lat słynie z szukania intrygujących określeń, więc i teraz sięgnął do słówka, które ma biblijne pochodzenie: Tohuwabohu to po hebrajsku „bezkształtny i pusty” w odniesieniu do stanu Ziemi przed stworzeniem przez Boga światła i porządku. W niemieckim czy angielskim wykształceni ludzie sięgają po niego, by opisać chaos, bo samo brzmienie słowa oddaje wrażenie chaosu… Ale wracając do meritum: zasadne jest pytanie, czy w tej konferencji będzie miejsce dla osób spoza europejskiego mainstreamu, bo przecież tacy w Europie też są! Inaczej zasadne będzie podejrzenie, że cały plan ma na celu skierowanie unijnych reform w stronę, która odpowiada wizji zarządu Konferencji i jej głównego pomysłodawcy, Emmanuela Macrona. No i że dzięki niej i dominującej w niej narracji, Macron wygra z Marine Le Pen, bo końcówka Konferencji pokrywa się z datą wyborów prezydenckich we Francji.

To wyjdzie w praniu, bo ciągle jesteśmy na etapie przepychanek organizacyjnych. Dość powiedzieć, że jeszcze w czwartek, 6 maja, nie było pewności, czy zaplanowana na 9 maja uroczystość otwarcia Konferencji w siedzibie Parlamentu Europejskiego w Strasburgu dojdzie do skutku. Nie było bowiem zgody co do roli instytucji UE w posiedzeniu plenarnym Konferencji. W liście do szefów delegacji Parlamentu Europejskiego Guy Verhofstadt pisał, że w tej sprawie stanowiska są „tak jasne, a jednocześnie tak rozbieżne”, że jego zdaniem można wątpić, czy „istnieje realna perspektywa porozumienia przed wydarzeniem inauguracyjnym”. Co się stało? Wróciło pytanie, które wydawało się dawno rozstrzygnięte: czy Konferencja ma prowadzić do zmiany traktatów, czy ma być jedynie wymianą poglądów na przyszłość Europy? Spór nie jest semantyczny, ale wysoce polityczny, bo dla wielu środowisk zaangażowanych w Konferencję kluczowe jest jednak pytanie: czy stanowiska zajęte podczas konferencji przez przedstawicieli rządów państw członkowskich, posłów do Parlamentu Europejskiego, posłów do parlamentów narodowych i obywateli będą miały jakieś realne konsekwencje?

Ponieważ było jasne, że ostateczna odpowiedź na to pytanie nie padnie w dwa dni, Verhofstadt pytał, czy Parlament, w gmachu którego miała się odbyć uroczystość otwarcia Konferencji w Święto Europy, ma odwołać imprezę!?

Iratxe García, przewodnicząca Grupy S&D odpowiedziała stanowczo: „Powinniśmy dołożyć wszelkich starań, aby inauguracja przebiegła zgodnie z planem”. A współprzewodniczący Lewicy, Helmut Scholz dodał: „Grupa Lewicy wyraźnie opowiada się za kontynuacją negocjacji, a nie za odwołaniem uroczystości”. Negocjowano więc dalej i dopiero w piątek, 7 maja, uzgodniono, że „w oparciu o dyskusje i propozycje z sesji plenarnych, zarząd Konferencji, działając na zasadzie konsensusu, sporządzi raport, przy pełnej współpracy i pełnej przejrzystości z posiedzeniem plenarnym”. Po ludzku oznacza to, że posiedzenia plenarne Konferencji otrzymały uprawnienie do wyciągania wniosków z debat obywateli, a przygotowany raport nie będzie mógł być ignorowany przez najważniejszych graczy w Unii.

Uroczystość się odbyła, znowu padły wielkie słowa o Europie, która wsłuchuje się w głos obywateli. Może warto przywołać dwa zdania z przemawiającego tam Emmanuela Macrona, skoro to „jego” pomysł: „Mam nadzieję, że ta konferencja zaowocuje wieloma dużymi projektami, z wielkimi ambicjami, marzeniami o tym, jakiej Europy chcielibyśmy za 10, 15 lat. Jakie będziemy mieć granice, jakie nowe instytucje powinny się pojawić, jakie projekty kulturalne powinniśmy wspólnie uruchomić, jak możemy z Europy uczynić lidera w polityce redukcji szkodliwych emisji – mam nadzieję, że neutralność klimatyczną osiągniemy szybciej niż to założyliśmy – jak możemy uczynić Europę w obszarze edukacji i badań jeszcze bardziej silną, jak możemy zakreślić granice w kosmosie, na naszych ocenach, jak możemy sobie poradzić pisząc dla nas nową legendę.

Za rok zrobimy: sprawdzam!

Maciej Zakrocki