Czy nie sądzi Pan, że Emmanuel Macron odniósł „pyrrusowe zwycięstwo”, wygrywając wybory prezydenckie we Francji?

Guetta

- Niewątpliwie wygrał wybory. Co stanie się później, tego nie wiem. Nikt nie wie, czy Macronowi uda się zdobyć w czerwcu większość w Zgromadzeniu Narodowym. Jeśli parlament będzie bardzo podzielony, możemy mieć do czynienia z kryzysem, który uniemożliwi wyłonienie większości i powstanie rządu. Może też dojść do „kohabitacji”, jeśli w parlamencie powstanie większość niechętna wobec Macrona. Większość może też uzyskać Front lewicy, który właśnie się tworzy. Wszystko jest możliwe. Tylko gdyby Macron przegrał wybory parlamentarne, można będzie mówić o jego „pyrrusowym zwycięstwie”.

„Front lewicy” próbuje tworzyć Jean-Luc Mélenchon, przywódca skrajnej lewicy, który w pierwszej turze wyborów prezydenckich uzyskał ponad 21 proc. głosów i który pragnie zostać premierem w ramach „trzeciej tury”, jak nazywa wybory parlamentarne. Jego program znacznie różni się jednak od programu Macrona, np. jeśli chodzi o stosunek do NATO i UE czy kwestie gospodarcze. Czy nie zapowiada to trudnej „kohabitacji”?  

- Nie przesadzajmy! Koalicję z Mélenchonem zawarli już Zieloni, którzy są bardzo proeuropejscy i nie chcą wyjścia Francji z NATO. Podobnie jest z socjalistami, którzy rozważają wejście do tej koalicji. W 1981 roku, kiedy François Mitterrand został prezydentem Republiki, wielu ludzi we Francji i w Polsce, gdzie byłem wówczas korespondentem, bało się, że Francją będzie rządzić sowieckie Politbiuro. Tak się jednak nie stało. Sam Mélenchon należał kiedyś do Partii Socjalistycznej. Był zwolennikiem Mitterranda. Absolutnie nie podzielam jego idei i propozycji, które uważam za demagogiczne. Nie sądzę jednak, aby chciał wywołać we Francji bolszewicką rewolucję…

Czy to prawda, że większość Francuzów chciałaby powrotu do „kohabitacji”?

-  Według ostatnich sondaży, chciałoby tego aż 64% ankietowanych. W najnowszej historii Francji mieliśmy do czynienia z dwiema „kohabitacjami” – socjalistycznego prezydenta Mitterranda z prawicowym premierem Chirakiem oraz prawicowego prezydenta Chiraca z socjalistycznym premierem Jospinem. Francuzi zachowali o tych dwóch okresach bardzo dobre wspomnienia, ponieważ system ten tworzy równowagę polityczną. Instytucje polityczne nie były niczym zagrożone. Wszystko dobrze funkcjonowało. W sumie było to coś na kształt „unii narodowej”. Francuzi czują rodzaj nostalgii, wspominając te czasy. Nie chodzi jednak o konkretną „kohabitację” między Macronem i Mélenchonem. Tego chciałaby mniejszość wyborców. Jeśli jednak uda się mu stworzyć Front Lewicy, może to obudzić entuzjazm wśród lewicowych wyborców, którzy ostatnio nie chodzili na wybory lub nie głosowali na lewicę. Może tak się stać w przypadku wyborców ze środowisk robotniczych, którzy dawniej głosowali na socjalistów lub komunistów, a ostatnio zasilili elektorat pani Le Pen. Część z nich może teraz powrócić do swoich lewicowych korzeni.

Pan sam chciałby, żeby Macron mianował premiera z centrolewicy – ekologa lub socjalistę?

- Niekoniecznie. Może to być również ktoś, kto jest kojarzony z lewicą.  Prezydent Valéry Giscard d’Estaing mianował swego czasu premierem konserwatywnego, znanego i cenionego ekonomistę, Raymonda Barre’a. Był krągłej budowy ciała, co dodatkowo budziło do niego zaufanie. Moim zdaniem Macron powinien postarać się znaleźć kogoś w rodzaju lewicowego Raymonda Barre’a…

Jakie będą skutki reelekcji Macrona dla Europy?

- Moim zdaniem, Europa potrzebuje Francji, która dobrze funkcjonuje. Macron powinien sprawić, by UE stała się unią polityczną. W czasie swojego przemówienia na Sorbonie był wizjonerem. Nie dlatego, że wymyślił coś nowego, ale dlatego, że zrozumiał, że nadszedł moment, by te idee, które wydawały się bardzo utopijne, zostały wprowadzone w życie. Okazało się, że Francuzi mieli rację, jeśli chodzi o wyposażenie UE w europejską obronę. Prezydentura Trumpa pokazała, że nie możemy wiecznie liczyć na USA. Nawet moi rozmówcy w Warszawie przyznali, że potrzebna jest europejska armia. Przyznają to również Kaczyński i Orban. Dziś w tej sprawie panuje w UE jednomyślność. Podobnie, jeśli chodzi o wspólne inwestycje w przemysły przyszłości. Tak samo, jeśli chodzi o odejście od zasady jednomyślności na rzecz większość kwalifikowanej w odniesieniu do polityki zewnętrznej i obronnej. Najbardziej nośnym przykładem jest fakt, że w zaledwie trzy dni od rosyjskiej agresji na Ukrainę, UE postanowiła dokonać zakupu broni jako Unia Europejska i wysłać ją na Ukrainę. To prawdziwa rewolucja! Z kolei Niemcy postanowiły zwiększyć swój budżet obronny o 100 mld euro. Za kilka dni UE ma wprowadzić embargo na dostawy rosyjskiej ropy. Podobnie będzie w przypadku rosyjskiego gazu. Prezydent Putin w swoim zaślepieniu myślał, że zniszczy zachodni sojusz, a ożywił NATO w wyniku inwazji na Ukrainę. Myślał też, że zniszczy jedność Europy, a wzmocnił wspólną politykę zagraniczną i obronną. Nawet najwięksi utopiści, do których sam się zaliczam, myśleli, że dojdzie do tego najwcześniej za 15 lat. Tymczasem stało się to już dzisiaj. Z kolei zamykając kurek z gazem dla Polski i Bułgarii, Putin wzmocnił wspólną politykę energetyczną. Europa zacznie sprowadzać gaz z Norwegii, USA, Kataru czy Algierii. W ten sposób wojna na Ukrainie paradoksalnie przyspieszyła budowę europejskiej jedności.

Polska przyjęła do tej pory ponad 3 mln uchodźców z Ukrainy, nie otrzymała jednak – jak twierdzi rząd – żadnej pomocy ze strony UE…

- UE powinna w imię europejskiej solidarności zrekompensować Polsce wydatki, związane z przyjęciem uchodźców z Ukrainy, ale z drugiej strony nie może ustąpić w kwestii przestrzegania przez nią praworządności. Nie można na to przymykać oczu. Jeśli Jarosław Kaczyński ma choć trochę wyobraźni i elastyczności, powinien podjąć właściwą decyzję i znaleźć konieczny kompromis. Wszyscy w instytucjach europejskich pragną bowiem załatwić ten kryzys. Nikt nie chce, aby doszło do pęknięcia z Polską. Wiem, że Kaczyński ma problem z małą, skrajnie prawicową, antyeuropejską partyjką, ale wszystkie rządy mają problemy ze swoimi koalicjantami.

Rozmawiał: Roman Gutkowski