Premier Wiktor Orban wyprowadził posłów swojej partii FIDESZ z grupy chadeckiej w Parlamencie Europejskim, chcąc uniknąć ich wyrzucenia, co stało się jasne po zmianie regulaminu grupy Europejskiej Partii Ludowej (EPL) pozwalającej usunąć pojedynczego posła jak i całą grupę. Tę zmianę poparło 84% członków frakcji, co oznaczało, że europejscy chadecy mają już dość współpracy z partnerem od dawna odchodzącym od wartości głoszonych w tej rodzinie.

Maciek

To wisiało w powietrzu od dawna, bo Wiktor Orban i FIDESZ otwarcie odcinający się od reguł liberalnej demokracji „grabił sobie” od pierwszych miesięcy 2010 roku, kiedy to przejął władzę na Węgrzech. Mając ogromną przewagę w parlamencie, w tym często wystarczającą do zmiany konstytucji zaczął podporządkowywać sobie kolejne elementy trójpodziału władzy wyłączając coś, co z angielska przyjęto nazywać systemem „checks and balances”. FIDESZ przejął kontrolę nad sądami, mediami, gospodarką i de facto nad „duszami”.

Początkowo trochę w Europejskiej Partii Ludowej przymykano na to oczy, bo Wiktor, „nasz dyktator” jak jednak żartobliwie zwracał się do niego Jean-Claude Juncker, był „nasz” i jak – przekonywała Angela Merkel, łatwiej go kontrolować, mitygować, gdy zostaje w rodzinie. Ale z biegiem lat sprawa się komplikowała, bo Orban „szedł po bandzie”. Kazał zlikwidować Uniwersytet Środkowo-Europejski, oskarżył George’a Sorosa o antywęgierskie działania przy okazji wywołując falę antysemityzmu, ostro sprzeciwił się próbom cywilizowanego opanowania kryzysu migracyjnego w 2015 roku. Gdy Parlament Europejski przyjmował kolejną rezolucję krytykująca poczynienia FIDESZ-u z wielu stron padały bardzo mocne słowa i to wprost kierowane do Wiktora Orbana, który na te debaty przyjeżdżał. Ówczesny szef grupy liberałów Guy Verhofstadt pytał, jak daleko jeszcze posunie się rząd węgierski i czy na placu Kossutha przed węgierskim parlamentem dojdzie do palenia książek nielubianych przez Orbána autorów? Zarzucił mu, że cierpi na stalinowską paranoję, a utrzymuje Węgry w Unii tylko dla funduszy europejskich. Przy okazji dostawało się Europejskiej Partii Ludowej, bo posłowie z innych grup politycznych pytali: jak to możliwe, że macie na sztandarach europejskie wartości demokracji i wolności, a w swoich szeregach kogoś, kto je depcze.

Wiktor Orban nie tylko, że się tym wszystkim nie przejmował, ale dalej dokręcał śrubę w kraju, jednocześnie co chwilę plakatował go kolejną kampanią… antyunijną, jak chociażby głośną akcją pod hasłem: „Powstrzymajmy Brukselę”. Coraz więcej pojawiało się też informacji o bogaceniu się zaprzyjaźnionych z nim oligarchów dzięki … unijnym pieniądzom. Do pracy wziął się OLAF, unijna agencja badająca prawidłowość w wydawaniu środków z budżetu UE, który potwierdził, że jest wiele nieprawidłowości, a nawet korupcji, że przetargi mają czasem jednego kandydata, a w jednym przypadku była to firma zięcia pana premiera. Na dodatek rząd węgierski coraz cieplej wypowiadał się o współpracy z Rosją, na którą UE nakładała sankcje po agresji na Krym i w związku z działaniami w Donbasie. I wtedy pierwszy sygnał ostrzegawczy wysłał Wiktorowi Orbanowi Donald Tusk, swego czasu bliski kolega głównie ze względu na wspólną miłość do futbolu.

Na Kongresie EPL w Helsinkach w listopadzie 2018 Tusk wygłosił przemówienie, w którym mówił tak: Chcę powiedzieć jasno: jeśli jesteś przeciwko zasadom państwa prawa i niezależnemu sądownictwu nie jesteś chrześcijańskim demokratą. Jeśli nie podoba ci się wolna prasa, organizacje pozarządowe, jeśli tolerujesz homofobię, ksenofobię, nacjonalizm i antysemityzm to nie jesteś chrześcijańskim demokratą. Jeśli umieszczasz państwo i naród ponad wolność i godność jednostki, to nie jesteś chrześcijańskim demokratą. (…) Jeśli wspierasz Putina i atakujesz Ukrainę, jeśli stoisz za agresorem, a nie po stronie ofiar, nie jesteś chrześcijańskim demokratą”. 

Tusk dostał rzęsiste brawa, ale także od… Orbana, który w ten sposób demonstrował, że to nie o nim były te zdania. Podjęto jednak wtedy decyzję, że „coś trzeba w końcu z tym zrobić”.

20 marca 2019 roku w gmachu Parlamentu Europejskiego odbyło się trudne spotkanie całej parlamentarnej grupy z udziałem władz EPL-u i samym Wiktorem Orbanem. Przytłaczającą większością głosów (190 za, 3 przeciw) podjęto decyzję o zawieszeniu FIDESZ-u w prawach członka Europejskiej Partii Ludowej. W związku z postanowieniem, członkowie Fideszu nie mogli brać udziału w jakimkolwiek spotkaniu partii, stracili prawo głosu w EPL oraz możliwość wysuwania kandydatów na europejskie stanowiska. Wszystko to tuż przed majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego. Jednocześnie powołano „grupę mędrców” w składzie: Wolfgang Schüssel, były kanclerz Austrii, Herman van Rompuy, były premier Belgii i były szef Rady Europejskiej oraz Hans-Gert Pöttering, były szef Parlamentu Europejskiego. Mędrcy mieli przyjrzeć się wszystkim grzechom Węgrów, opracować raport, a cała partia miała na jego podstawie zdecydować o losie FIDESZ-u w szeregach ludowców.

Wiktor Orban i tym razem nie przejął się tą sytuacją. Ciągle czuł się silny wsparciem od Angeli Merkel, dla której dobry klimat dla niemieckich fabryk samochodów na Węgrzech wydawał się być ważniejszy niż wizerunek chadeckiej rodziny. Robił swoje, dalej otwarcie krytykując UE, która nie tylko przecież uruchomiła wobec jego kraju artykuł 7, ale co chwilę atakowała kolejną rezolucją PE, piętnującą łamanie praworządności i zamykanie nieprzychylnych dla rządów mediów.

Do przesilenia doszło w ubiegłym roku podczas batalii o budżet, a potem o Fundusz Odbudowy, wielki europejski plan naprawy gospodarki mocno uderzonej przez pandemię.  Rząd Polski i Węgier najpierw kontestował mechanizm praworządności, potem zgodził się na jego zapis w konkluzjach lipcowego szczytu, a potem, gdy okazało się, że ten zapis oznacza jednak wprowadzenie zasady „pieniądze za praworządność” zagroził wetem, który oznaczał, że nie będzie nowego budżetu UE na kolejne 7 lat, ani pomocowego Funduszu wartości 750 mld euro. Najbardziej wkurzał fakt, że po raz pierwszy w dziejach Wspólnoty doszło do groźby weta nie dlatego, że komuś się budżet nie podoba, albo że ma dostać za mało. Oba rządy naprawdę w ten sposób wetowały mechanizm praworządności, bo nie miały innego sposobu na jego zablokowanie, gdyż formalną ścieżką jego przyjęcia było głosowanie w Radzie UE kwalifikowaną większością. Natomiast i Wieloletnie Ramy Finansowe i Fundusz wymagały jednomyślności.

Atmosfera w tej bezprecedensowej awanturze była ciężka, a tu w samym jej środku wybuchły dwie afery. Pierwsza jedynie wizerunkowa: szef FIDESZ-u w Parlamencie Europejskim József Szájer, w czasie lockdownu w Brukseli i zakazie organizowania imprez w wieloosobowym składzie, znalazł się na gejowskim party, z którego po interwencji policji uciekał po rynnie niekompletnie ubrany z narkotykami w plecaku. Szybko się podał do dymisji i zrezygnował z mandatu, ale wstyd pozostał, a moralizatorski ton o „prawdziwych wartościach” Orbana brzmiał teraz co najmniej niewiarygodnie. Druga afera była poważniejsza: wywołał ją Tamás Deutsch, poseł FIDESZU, jeden z założycieli tej partii i – co ważne – bardzo bliski przyjaciel Wiktora Orbana. Zwracając się do szefa grupy EPL, Manfreda Webera, który apelował wcześniej, by rządy Polski i Węgier nie blokowały budżetu, pan poseł powiedział: Kiedy Weber mówi, że nie mamy się czego obawiać, jeśli niczego nie ukrywamy, przypomina mi się, że gestapo i węgierska tajna policja AVH (węgierski odpowiednik SB- przyp. M.Z.) miały ten sam przekaz.  Historia pokazała jednak, że nawet ci, którzy nie mieli nic do ukrycia, mieli wszelkie powody, by się jednak bać. Taki tekst w stronę kolegi z tej samej grupy, polityka niemieckiej chadecji, która sprawując wtedy prezydencję w Radzie UE dwoiła się i troiła, by doprowadzić do budżetowego kompromisu? To się już nie mieściło w głowie!

W grupie zaczęto domagać się wyrzucenia Deutscha, a najlepiej wszystkich posłów FIDESZ-u. Tu na drodze stanął regulamin: w ogóle nie było paragrafu, by wyrzucić wszystkich en bloc, na dodatek usunięcie posła wymagało zgody 2/3 wszystkich. Tymczasem znaleźli się jednak obrońcy Węgrów, nawet nie tyle sympatyzujący z polityką Orbana i retoryką jego kolegów, ale obawiający się utraty przez grupę pozycji najsilniejszej frakcji. Przekonywali, że choć EPL po wyrzuceniu 11 osób nie spadnie na drugie miejsce, to jednak przewaga ludowców nad socjalistami się zmniejszy, a i tak wyraźnie się zredukowała po ostatnich wyborach. Jednak nacisk na zmianę regulaminu, w tym wprowadzenie zasady zwykłej większości w głosowaniu w sprawie wyrzucenia kogoś z grupy był coraz silniejszy.

Gdy grupa spotkała się w tej sprawie 3 marca, Orban nagle przysłał list do Manfreda Webera z informacją, że to on zabiera swoich posłów. Przy okazji dołożył kilka słów, co o tym myśli. W każdym razie ubiegł dotychczasowych partnerów nie chcąc dopuścić do upokorzenia, gdyby to „inni” ich wyrzucili. Z pewnością tak by się stało, bo gdy w końcu doszło do głosowania w sprawie zmiany regulaminu 148 członków grupy głosowało za, a jedynie 28 przeciw. Jak mówią uczestnicy spotkania „słychać było westchnienie ulgi”, jakby pozbyto się jakiegoś ciężkiego balastu. Tymczasem to jeszcze nie koniec!

Wiktor Orban nie wypisał się z Europejskiej Partii Ludowej – usunął swoich posłów jedynie z grupy chadeków w Parlamencie Europejskim. Mówiąc inaczej: nie są już u Webera, ale ciągle są u Tuska, choć nadal „zawieszeni”. Jak zaznaczył w wywiadzie w piątek dla radia Kossuth prowadzi rozmowy, między innymi z nowym przywódcą CDU, Arminem Laschetem, a to „mądry człowiek, zupełnie inny reprezentant Niemiec, bo pochodzi z zachodniej części kraju, nie ze wschodniej jak Angela Merkel”. Nie jest tajemnicą, że Laschet był i dalej jest przeciwny usuwaniu FIDESZ-u. Ale też nie jest tajemnicą, że sam Orban nie zasypia gruszek w popiele. W tym samym wywiadzie mówił: Rozmawiałem z Polakami, rozmawiałem z największym naszym przyjacielem panem Mateo Salvinim, rozmawialiśmy również z drugą włoską partią prawicową, konkretnie z panią Meloni. Cały czas pracujemy.

Pani Meloni to Giorgia Meloni przywódczyni partii Bracia Włosi, która jest jednocześnie liderką grupy Konserwatystów i Reformatorów, do której należy PiS.

Węgierski premier wyjaśnił też, wokół jakich idei chciałby budować, być może nową europejską rodzinę polityczną: W naszej szufladzie jest sporo pomysłów jak odświeżyć politykę europejską. Wszyscy to czujemy, wiemy, że takie sprawy dla nas ważne, by nie przyjeżdżali migranci, żeby nie było multikulti, żeby były szanowane tradycyjne wartości chrześcijańskie, że suwerenność narodowa istnieje, że narody nie należą do przeszłości, tylko przyszłości, że to wszystko są myśli epokowe, a tymczasem w tych kwestiach nasz głos w Europie jest bardzo słaby. Rodzi się pytanie, czy uda się pod jednym szyldem zebrać wszystkich eurosceptyków? Po ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego się nie udało: z PiS-em w grupie Konserwatystów i Reformatorów są Bracia Włosi, Nowy Sojusz Flamandzki, hiszpański VOX, ale już Lega Salviniego, Alternatywa dla Niemiec, Wolnościowa Partia Austrii czy Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen wylądowały w innej grupie o nazwie Tożsamość i Demokracja. Ciekawostką, która może zwiastowała rozpad koalicji w kraju był fakt, że włoski Ruch 5 Gwiazd stworzył z Legą we Włoszech koalicję rządową, ale w Parlamencie Europejskim nie chcieli być w jednej grupie i Ruch ostatecznie został w grupie NI, czyli niezrzeszonych. Wszystko to pokazywało, że eurosceptykom wcale łatwo nie jest się zjednoczyć.

Wiktor Orban, jako bez wątpienia wytrawny gracz wszystko to skalkuluje. Jak połączy tych, którym dotąd się to nie udało zbuduje trzecią siłę w Parlamencie Europejskim. Wtedy w to wejdzie. Jak okaże się, że to niemożliwe, będzie starał się pozostać w EPL, choć przy jego obecnych relacjach z Donaldem Tuskiem i członkami grupy w Parlamencie wydaje się to kosmicznie trudne. Ale on ma czas, wie, że nic nie powinno mu zagrozić w kolejnym zwycięstwie wyborczym na Węgrzech w 2022 roku, a to oznacza, że Unia Europejska, jej liderzy będą musiały się z nim dogadywać przez kolejne lata. To może mu odpuszczą?

Maciej Zakrocki