Od 30 września do 8 października posłowie do Parlamentu Europejskiego z konkretnych komisji będą wysłuchiwali, albo jak ktoś woli przesłuchiwali kandydatów na komisarzy przedstawionych Parlamentowi przez Ursulę von der Leyen. Od razu dodajmy: kandydatów zgłoszonych przez poszczególne państwa członkowskie.

Szczególnie ci europosłowie, którzy mają już za sobą kilka kadencji, twierdzą, że to, z czym maja obecnie do czynienia, to właściwie skandal. Najpierw okazało się, że jest kilku kandydatów, którzy mają jakieś kłopoty w swoich państwach, które mogą mieć finał w postaci wyroku sądowego i orzeczeniu winy oraz kary!

Sylvie Goulard z Francji jest przesłuchiwana przez policję w związku z nieprawidłowościami w zatrudnianiu asystentów w Parlamencie Europejskim. Twierdzi, że jest niewinna, ale pełne wyjaśnienie i możliwe oczyszczenie z zarzutów potrwa. Kandydat z Belgii, Didier Reynders, który ma zajmować się rządami prawa i pilnowaniem praworządności w państwach Unii, ma sprawę w prokuraturze. Z doniesień byłego oficera wywiadu belgijskiego wynika, że Reynders był zamieszany w podejrzane transakcje przy zamówieniach publicznych i pranie brudnych pieniędzy na rynku dzieł sztuki. Kandydatka na komisarza ds. transportu z Rumunii, Rovana Plumb ma na swoim koncie oskarżenia z korupcją w tle, w tym nawet tak symboliczną sprawę jak unikanie podatku środowiskowego przy rejestracji samochodu. Żeby było śmieszniej, sama ten podatek wymyśliła, a potem zarejestrowała samochód w Bułgarii, by go nie zapłacić.

Polski kandydat, Janusz Wojciechowski ma sprawę w OLAF, czyli unijnej instytucji badającej nadużycia przy wykorzystaniu pieniędzy UE. On sam przyznaje, że popełniono błędy w jego poselskim biurze przy rozliczeniu delegacji z podróży, ale on już dawno wszystko zwrócił, a OLAF wkrótce sprawę skończy. Swego rodzaju polityczną prowokacją jest kandydat węgierski, László Trócsanyi, który ma zająć się rozszerzeniem UE. Był ministrem sprawiedliwości i firmował wiele zmian w węgierskim sądownictwie, a także przygotowywał i podpisywał  ustawy budzące wiele kontrowersji, jak chociażby o karaniu osób i organizacji pozarządowych za pomoc imigrantom. To między innymi z powodu jego działań na Węgry nałożono procedurę z art. 7 i sprawa łamania praworządności w tym kraju jest badana w Radzie UE.

To nie koniec! Dość powiedzieć, że blisko 10 osób dotyczą takie czy inne wątpliwości!

Wielu europosłów pyta: czy naprawdę nawet w małym liczebnie państwie Unii nie można znaleźć jakiegoś człowieka, który nie ma żadnego problemu? Żadnej sprawy, nosi – jak mówią Anglicy – „białą koszulę”? Jak mamy budować prestiż Unii, jej organów, kiedy ludzie z tymi kłopotami znajdą się w tak ważnej instytucji?

Europosłowie walczący o wzmocnienie zasad respektowania rządów prawa, wprowadzenie stałego mechanizmu monitorowania i „karanie” państw łamiących te zasady, są wściekli z powodu kłopotów Didiera Reyndersa. Przecież każdy polityk z kraju „podejrzanego”, że łamie się tam praworządność, na pytania od komisarza czy wezwania do wyjaśnień od razu powie: – Niech pan zacznie od siebie! Każdy kraj wstępujący do UE oskarżany przez komisarza Trócsanyi’ego, że nie spełnia unijnych standardów co do praworządności i musi to zmienić, by wejść do tego elitarnego klubu, natychmiast odpowie: – Niech pan zacznie od swojego kraju i wycofa przepisy, które naruszyły rządy prawa na Węgrzech.

Katarina Barley, wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego z niemieckiej SPD bez ogródek oskarżyła kandydata z Węgier o złamanie zasad państwa prawa, co zapowiada próbę zablokowania go w procesie przesłuchań. Na zamkniętym posiedzeniu Grupy S&D w Parlamencie Europejskim z udziałem Ursuli von der Leyen w czasie sesji plenarnej w Strasburgu bardzo emocjonalną mowę w tej sprawie wygłosiła Klara Dobrev, węgierska europosłanka, prawniczka, prywatnie żona byłego socjalistycznego premiera Ferenca Gyurcsánya. Mówiła, że dla wielu Węgrów ta kandydatura to „policzek” i że jej zaakceptowanie osłabi wiarę Węgrów, że w Unii naprawdę ceni się i broni wartości i właśnie rządy prawa. Zapytany, jak Grupa Socjalistów zaopiniuje tego kandydata, były premier Leszek Miller odpowiedział: – Nie ma jeszcze decyzji całej Grupy.

Brak też stanowiska wobec polskiego kandydata, a polska delegacja w Grupie S&D na tę chwilę jest nieco podzielona. Posłowie z SLD są ostrożni, „ze wskazaniem na tak” i czekają jak Janusz Wojciechowski wypadnie podczas przesłuchania, ale przedstawiciele Wiosny są już bardziej sceptyczni. Podczas spotkania z kandydatem pytali go o rożne wypowiedzi z przeszłości w kontekście zasad państwa prawa:  – Pan komisarz żałuje niektórych słów, z niektórych się wycofuje, ale dla nas są ważne deklaracje na przyszłość, (to,) czy pan komisarz będzie naprawdę zawsze i w każdym przypadku stał po stronie traktatów, rządów prawa, praw człowieka i demokracji – mówił Robert Biedroń dziennikarzom w Strasburgu. I w tej kwestii pewne wątpliwości lider Wiosny nadal ma i dodaje, że w związku z tym decyzji jeszcze nie podjęli.

Dodajmy dla pełnego obrazu: europosłowie z PO i PSL w grupie Europejskiej Partii Ludowej po spotkaniu z Januszem Wojciechowskim twierdzą, że go poprą. Można się zastanawiać, czy nie ma w tym podstępu. Zapytałem: – A może bardzo chcecie, by Janusz Wojciechowski został komisarzem ds. rolnictwa, bo nie załatwi wielu spraw, które PiS obiecuje w Polsce rolnikom? Np. wyrównania, a nawet podwojenia dopłat bezpośrednich. No, a jak nie załatwi, to będzie można to politycznie wykorzystać w naszej wewnętrznej politycznej wojnie?

Ale odpowiedzi nie usłyszałem, natomiast „mowa ciała” mówiła wszystko.

Wszystko to pokazuje rosnącą złość europosłów przed nadchodzącymi przesłuchaniami. Tym bardziej, że bardzo chcą pokazać swoją siłę po tym, jak zostali – w pewnym sensie – upokorzeni, kiedy Rada Europejska – czyli rządy krajowe – zignorowała system „Spitzenkandidaten” i żaden z „wiodących kandydatów” nie został szefem Komisji Europejskiej. Przed nami zatem gorący czas w Parlamencie Europejskim, z odpryskami do polityki krajowej w każdym państwie Unii.

Maciej Zakrocki, Strasburg