Nie ma dnia, by nie toczył się spór o jakiś kolejny pomysł, który wpadł do głów rządzącym w Polsce i na Węgrzech. W tym sporze ciągle powtarza się schemat: zdecydowana większość europejskich polityków, szefów rządów, komisarzy, posłów do Parlamentu Europejskiego wyraża sprzeciw wobec działań rządów w Warszawie i Budapeszcie, a przedstawiciele tych rządów wyrażają oburzenie, że znowu są atakowani przez liberalno-lewacką Europę, wbrew prawu, unijnym traktatom i kompetencjom, przyznanym instytucjom unijnym przez państwa członkowskie. I tak to trwa od lat. Pytanie, jaki może być finał tego sporu?
22 czerwca w Luksemburgu – po raz pierwszy od grudnia 2018 roku, jeśli chodzi o Polskę i pierwszy od grudnia 2019 roku w przypadku Węgier – odbyło się „wysłuchanie” w Radzie ds. Ogólnych w związku z procedurą ze słynnego artykułu 7 TUE. Ministrowie, a także Vera Jourová, komisarz ds. praworządności, rozmawiali o tym, co się wydarzyło w tych państwach od czasu ostatnich „wysłuchań”. Zdaniem pani komisarz: „Od tego czasu wiele się wydarzyło, niestety większość z tych wydarzeń dowodzi, że słusznie zgłaszamy nasze obawy” - mówiła po spotkaniu dziennikarzom. Jeśli chodzi o Polskę to: „W szczególności przedstawiłam obawy dotyczące legitymacji i niezależności Trybunału Konstytucyjnego, co jest jedną z głównych spraw w ostatniej propozycji Komisji i co zostało odnotowane także w 2020 roku w naszym raporcie o rządach prawa. Obawy wobec Trybunału nie zostały rozwiane”.
Ministrowie rozmawiali też o wniosku premiera Mateusza Morawieckiego do Trybunału Konstytucyjnego, by ten zbadał, czy to polskie prawo nie jest czasem nad unijnym, o liście komisarza Reyndersa, by pan premier ten wniosek wycofał, o Izbie dyscyplinarnej, która zdaniem Komisji nie jest niezależnym sądem i o tym, że 15 lipca w tej sprawie wypowie się TSUE. Zdaniem ministra Konrada Szymańskiego, który prezentował tam stanowisko polskiego rządu debata – cytuję: „nie miała żadnej istotnej wartości dodanej”.
Więcej emocji wzbudziły Węgry, a to dlatego, że tuż przed spotkaniem w Europę poszedł komunikat o przyjętym przez węgierski parlament nowym prawie dotyczącym edukacji dzieci w takich tematach jak homoseksualizm, możliwość zmiany płci, prawa osób LGBT, etc. Dominował pogląd, że cześć zapisów tej ustawy jest nie do zaakceptowania przez cywilizowany świat, bo sklejono w niej tyle wątków, z których mogło wynikać, że np. homoseksualizm wiąże się z pedofilią. Obecny na Radzie węgierski minister Peter Szijjartó przekonywał, że to nieprawda, że „Trwa globalna kampania zbudowana na fake newsach dotyczących ustawy o ochronie dzieci” – tymczasem „99% krytykujących nie przeczytało całej ustawy”. Ale nie przekonał zebranych, bo sam przyznał, że nowe prawo zabrania udostępniania jakichkolwiek treści przedstawiających homoseksualizm lub zmianę płci dzieciom poniżej 18 roku życia w szkolnych programach edukacji seksualnej, filmach i reklamach, a to też z punktu widzenia ochrony praw mniejszości w myśl unijnych zasad jest nie do pomyślenia.
Wszystko to było jednak dopiero przygrywką do znacznie ostrzejszej batalii. Dwa dni później miało miejsce spotkanie Rady Europejskiej w Brukseli, oczywiście z udziałem węgierskiego premiera Viktora Orbana. Jeszcze przed posiedzeniem premier Holandii, Mark Rutte wypowiedział zdania, jakich do tej pory jeszcze nie słyszano: „„W tej kwestii (czyli ustawy) mam zamiar rzucić Węgry na kolana. Muszą zdać sobie sprawę, że są członkiem Unii Europejskiej, a więc członkiem wspólnoty wspólnych wartości, którą my jesteśmy, a to znaczy, że na Węgrzech, w Budapeszcie, w tym dumnym, pięknym kraju, nikt nie może być dyskryminowany i musi czuć się wolny bez względu na seksualność, kolor skóry, płeć, cokolwiek. To wynika z artykułu 2 traktatu założycielskiego Unii Europejskiej, który nie podlega negocjacjom – albo mogą się wynieść”.
Powiedział to, co wielu mówiło po cichu od dawna: Jest artykuł 50, można się z UE wypisać, jak się komuś nie podoba. Problem w tym, że się podoba, szczególnie pieniądze, które w przypadku Węgier nie tylko modernizują kraj i gospodarkę, ale też wspierają znajomych i rodzinę premiera! Szkoda z tego rezygnować, a poza tym Węgrzy jak i Polacy we wszystkich badaniach należą do największych euroentuzjastów i ani rząd w Warszawie ani w Budapeszcie nie sięgnie po artykuł 50, bo tego ludzie nie darują. Przynajmniej w dającej się przewidzieć przyszłości, a przecież Orban ma w przyszłym roku wybory, a u nas może i wcześniej, jak tak dalej będzie szło Zjednoczonej Prawicy.
Mark Rutte mówił ostro, ale inni, często w przeszłości broniący Orbana także wskazywali, że tym razem poszedł za daleko. Angela Merkel: „Szesnastu szefów państw, w tym ja, jasno dało do zrozumienia, że tolerancja i szacunek są kamieniami węgielnymi Unii Europejskiej i częścią naszej fundamentalnej karty praw”. A przewodnicząca KE, Ursula von der Leyen obiecała: „Będziemy chronić wszystkich obywateli, gdziekolwiek mieszkają w naszej Unii i kogokolwiek kochają”. Węgierski premier próbował stosować ten sam chwyt, co jego minister spraw zagranicznych i upierał się, że w ustawie nie ma nic takiego, co się sugeruje. Wtedy pani von der Leyen przeczytała po angielsku fragment z przyjętej ustawy, po czym – jak to później relacjonowano – zapadła cisza.
Premier Luksemburga, Xavier Bettel, który żyje w związku małżeńskim z mężczyzną mówił: „Nie stałem się gejem. Ja nim po prostu jestem, to nie jest wybór. Widzisz, ile młodych osób LGBTIQ popełnia samobójstwo. To jest bardzo złe. To [prawo] jest stygmatyzujące”. W emocjonalnej mowie mówił, że nigdy nie zapomni słów swojej matki, która na wieść, że jest gejem powiedziała, że oto straciła syna. I dodał: „Szanuję cię, ale to jest czerwona linia. Chodzi o podstawowe prawa, chodzi o prawo do bycia innym”. Niestety niewiele to dało. Węgra bronił Janez Jansa, premier Słowenii i podobno „trochę” Mateusz Morawiecki, a cała sprawa rozgrzała emocje na nowo, gdy 2 lipca w kilku stolicach europejskich podpisana została deklaracja partii prawicowych w odpowiedzi na trwającą Konferencję o Przyszłości Europy. Wśród sygnatariuszy jest PiS, FIDESZ, VOX, Bracia Włosi, Zjednoczenie Narodowe, Liga.
Informując o tym fakcie prezes Jarosław Kaczyński mówił o głębokim kryzysie, jaki trawi Europę. Jego zdaniem: „Doprowadzono do zjawisk, które nie mają nic wspólnego z założeniami Unii Europejskiej do superpaństwa, do centralizacji, do przeprowadzenia rewolucji kulturalnej, która ma zniszczyć struktury społeczne, w tym rodzinę”. Mówił o inżynierii społecznej, typowej dla znanych z przeszłości rewolucji, które ograniczały wolność. I teraz w obronie przed czymś podobnym wyjaśniał: „My tej rewolucji nie chcemy. Nie chcemy ograniczenia wolności. Nasz wspólny dokument zawiera akceptację dla Unii Europejskiej, ale przestrzega przed pewnymi zjawiskami i stawia na suwerenność narodów. Komentując to wydarzenie powracający do polskiej polityki Donald Tusk mówił, że “prezes PiS Jarosław Kaczyński podjął decyzję o zapisaniu PiS – a to oznacza w jakimś sensie o zapisaniu Polski – do obozu partii politycznych, które nie ukrywają swojej niechęci do zjednoczonej Europy, które nie ukrywają swoich takich nacjonalistycznych, przeciw wspólnotowych skłonności i tendencji“. Nie wiadomo, czy po tej deklaracji zrealizowany będzie pomysł zjednoczenia sił i zbudowania w Parlamencie Europejskim jednej grupy politycznej, która dzisiaj mogłaby stać się nawet trzecią siłą. Problem w tym, że tego typu pomysły zaraz po wyborach do PE w 2019 roku spaliły na panewce. Okazało się, że sama prawicowość nie wystarcza, by być w jednej grupie, liczą się jeszcze polityczne interesy, ambicje liderów, stosunek do Rosji Putina i do pieniędzy z rosyjskich banków. Czas pokaże.
Viktor Orban dodatkowo opublikował w formie płatnej reklamy swój tekst o Europie w kilku czasopismach. Powtórzył tezy, które głosi od dawna, że Bruksela buduje „superpaństwo”, potępił to, co nazywa „cesarstwem europejskim”, wezwał do wzmocnienia parlamentów narodowych i sprzeciwił się ściślejszej integracji europejskiej. „Parlament Europejski okazał się ślepą uliczką: reprezentuje jedynie własne interesy ideologiczne i instytucjonalne. Należy wzmocnić rolę parlamentów narodowych” – można było przeczytać w ogłoszeniu. Dla porządku trzeba zauważyć, że kilka tytułów odmówiło publikacji oświadczenia premiera mimo opłaty tłumacząc, że nie chcą dać miejsca politykowi, którego oskarżają o naruszanie praw człowieka i wolności mediów. Herman Grech, redaktor naczelny „The Times of Malta”, który nie opublikował ogłoszenia, napisał, że rząd Orbana faktycznie „wypowiedział wojnę wolnej prasie Węgier”, więc w imię solidarności z kolegami na Węgrzech nie będzie upowszechniał Orbanowej propagandy.
Podczas ostatniej sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego znowu na celowniku pojawiły się rządy w Budapeszcie i Warszawie. W czwartek, 8 lipca wieczorem, Parlament Europejski przyjął rezolucję, potępiającą homofobiczną węgierską ustawę 459 głosami za przy 147 głosach przeciwnych i 58 wstrzymujących się. Jednak, na zasadzie, że jak o Węgrzech, to musi być i o Polsce, pojawił się punkt, który brzmi: „mając na uwadze, że w 2018 r. prezydent Polski Andrzej Duda oświadczył, że rozważy inicjatywę tak zwanej ustawy o „propagandzie gejowskiej”, podobnej do przyjętej w Rosji, która zakazuje mediów, literatury i zgromadzeń LGBTIQ, takich jak Pride; mając na uwadze, że w czerwcu 2021 r. wiceminister sprawiedliwości Michał Woś ogłosił, że Polska pracuje obecnie nad ustawą mającą na celu zakaz „propagandy LGBT”… To się źle czyta, ale tak są konstruowane rezolucje, że najpierw jest dużo „mając na uwadze”, a potem „Parlament stwierdza, wzywa, apeluje”, itd.
Dyskusję poprzedziło wystąpienie pani von der Leyen, która powtórzyła, że węgierska ustawa „jest haniebna” i dla takich treści miejsca w UE nie ma. Ze strony zdecydowanej większości posłów padały głosy, że węgierskie prawo antygejowskie „nie jest odosobnionym przykładem, ale raczej stanowi kolejny celowy i zamierzony przykład stopniowego demontażu praw podstawowych na Węgrzech” i że „zorganizowana, sponsorowana przez państwo fobia LGBTIQ i kampanie dezinformacyjne stały się narzędziami cenzury politycznej przez rząd węgierski”. Dacian Cioloş, szef liberałów z grupy Odnowić Europę apelował o zatrzymanie procesu oceny węgierskiego planu odbudowy, bo przecież wiadomo, że pieniądze będą trafiały do kolegów Orbana i jego rodziny. I rzeczywiście, w czwartek pojawiła się informacja, że Komisja nie poprze wniosku Węgier o 7,2 mld euro dotacji w ramach unijnego funduszu naprawczego przed upływem terminu w dniu 12 lipca, ponieważ węgierski plan nie spełnia dwóch kryteriów oceny związanych ze środkami antykorupcyjnymi.
Dodatkowo Parlament przyjął rezolucję 529 głosami do 150, przy 14 wstrzymujących się, w której posłowie wyrazili ubolewanie, że Komisja postanowiła zastosować się do niewiążących konkluzji RE z grudnia 2020 r. i zamierza opóźnić stosowanie rozporządzenia “pieniądze za praworządność” poprzez opracowanie wytycznych dotyczących jego stosowania. Posłowie wzywają też Komisję do szybkiego zbadania wszelkich potencjalnych naruszeń zasad praworządności, „które mają lub mogą mieć poważny wpływ na należyte zarządzanie finansami z budżetu Unii”, zaznaczając, że „sytuacja w niektórych państwach członkowskich już teraz uzasadnia podjęcie natychmiastowych działań”.
Chciałoby się napisać: i tak dalej, i tak dalej. Na wszystkie te zdarzenia jedyną odpowiedzią polityków obozów rządzących jest opowiadanie o lewackiej Europie, która nienawidzi konserwatywnych polityków. We wspomnianej debacie o Węgrzech i Polsce poseł Joachim Brudziński mówił: „Ale czy to się wam podoba, czy nie Polska i Węgry są integralną częścią Europy. Jesteśmy i będziemy w Europie. Bo nikt nie dał prawa lewicy, do decydowania, kto jest Europejczykiem a kto nie”. Jak dodał, rządy w Polsce i na Węgrzech mają mocny i demokratyczny mandat, by realizować swój program, w tym również reformę wymiaru sprawiedliwości i chronić prawdziwe wartości. „Te wynikające ze Starego i Nowego Testamentu, prawa rzymskiego, filozofii greckiej, a nie lewackiego bełkotu” - wyjaśnił Brudziński. I na nic się zdają głosy, jak chociażby Philippe Lambertsa, przedstawiciela Zielonych, belgijskiego polityka, który mówił: „Ja też jestem chrześcijaninem, tyle, że dla mnie oznacza to pomoc dla uchodźców, zapisana w Biblii, oznacza szacunek dla wszystkich ludzi”. Na takie słowa poseł Patryk Jaki ma taką odpowiedź: „Do śmietnika wyrzucacie naukę, doświadczenie, dorobek pokoleń i zamieniacie je na Wasze polityczne przekonania” - mówił zauważając dodatkowo, że jest to wypełnienie wizji Marksa i Engelsa, zgodnie z którą, by zbudować nową rzeczywistość, trzeba zniszczyć tradycyjne wartości i tradycyjną rodzinę.
Pora wrócić do pytania: co dalej? Jaki może być finał sporu, w którym nie już punktów stycznych, a z drugiej strony jego natężenie staje się nieznośne. Ja go nie widzę: Chętnych do wyjścia z Unii nie ma ani w PiS, ani w FIDESZ. Do zbudowania jej na własną modłę brakuje większości w każdej unijnej instytucji. Do stworzenia od podstaw nowej, alternatywnej Wspólnoty, też chyba nie starczy sił i pieniędzy. Czy „przemówienie do kieszeni”, w postaci blokowania wypłat z unijnego budżetu zachęci Kaczyńskiego i Orbana do zmiany kursu? Wątpię, raczej będą na tym budować kapitał do stopniowego powiększania eurosceptycznej grupy rodaków, aby ewentualne wyjście z UE za wiele lat nie napotykało silnych protestów. Politycy tych partii już obecnie podkreślają, że „te pieniądze po prostu się nam należą”. A jak nam nie dadzą, to znaczy okradną nasze narody. Jedynie zmiana władzy w procesie demokratycznych wyborów może zakończyć ten konflikt. Problem w tym, że na Węgrzech już o demokratyczne wybory będzie trudno przy takiej omnipotencji partii władzy. A u nas…
Maciej Zakrocki, Strasburg

