Skąd bierze się rekordowo niska frekwencja w eurowyborach w Polsce? W pierwszych wyborach do PE nie przekroczyła ona 21%, a w drugich – 25%. Czy tym razem będzie podobnie?

 - To dolegliwość wielu unijnych państw, a nie tylko Polski, choć faktycznie w 2009 r. nasz kraj, pod względem frekwencji, zajął niechlubne 25 miejsce, czyli trzecie od końca. Według 84 proc. Europejczyków, główną przyczyną jest niedostatek informacji na temat wpływu UE na ich codzienne życie oraz nieznajomość programów startujących partii politycznych. Istotny jest też brak zaufania do polityków i ogólne zniechęcenie do wyborów. W Polsce podobnie. Prawie co trzeci niegłosujący Polak nie idzie do urn, bo nie chce, co piąty, bo nigdy nie głosuje, co czwarty nie wie dlaczego, a co ósmy, gdyż uważa, że jego głos nie ma żadnego znaczenia. Z kolei wśród głosujących Polaków, 49 proc. robi to regularnie, a 34 proc. zawsze. Dla 44 proc. głosujących czynny udział w wyborach wynika z obywatelskiego obowiązku. 13 proc. Polaków głosowało w 2009 r., bo czuło się Europejczykami, a 7 proc. dlatego, że są zwolennikami UE. Tylko 10 proc. Polaków, wobec 19 proc. obywateli Unii, uważa, że oddając swój  głos w wyborach do Parlamentu Europejskiego może coś zmienić. Zaledwie 4 proc. badanych Polaków zadeklarowało, że do głosowania przekonała ich kampania wyborcza. Dlatego w pełni uzasadnione są obawy, że 25 maja do lokali wyborczych pójdzie jeszcze mniej Polaków niż pięć lat temu.

 Jaki wpływ na wyniki i frekwencję wyborczą w Europie może mieć kryzys gospodarczy, z którym UE wciąż nie potrafi sobie do końca poradzić?

 - Kryzys wpłynął niekorzystnie na postrzeganie UE i jej instytucji. Wielu obywateli jest rozczarowanych brakiem przywództwa i perspektywicznego myślenia, co spowodowało, że nie ustanowiono żadnych zabezpieczeń, które mogłyby zapobiec kryzysowi. Zarazem jednak ludzie mają zaufanie do Unii. Według badań Eurobarometru z 2014 roku, 45 proc. Polaków wierzy w UE, podczas gdy polskiemu rządowi ufa tylko 19 proc. W porównaniu z wiosną 2013 r., zaufanie do UE wzrosło o 6 pkt. proc.

 Czy sądzi Pani, że w związku z wyborami prezydenckimi na Ukrainie, zapowiedzianymi na 25 maja, kampania do PE w Polsce zostanie zdominowana przez sytuację w tym kraju?

- Isnieje takie ryzyko. Ukraina, Rosja i wojna stały się symbolami pierwszych dni kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego. W politycznych bataliach premier Tusk bezwzględnie wykorzystuje konflikt rosyjsko-ukraiński. Kiedy przekonał się, że straszenie Polaków wojną odwróciło spadkowy trend poparcia dla PO, idzie na całość. Nie tyko wizytuje jednostki wojskowe, zapowiada dozbrojenie armii, zainstalowanie wojsk NATO, ale nawet wyraził paranoiczną obawę, czy polskie dzieci pójdą do szkoły 1 września. Chyba, że to ostatnie nie było nawiązaniem do 1939 r., a jedynie oceną nieudolności MEN w zakresie przygotowania jednego podręcznika dla pierwszoklasistów (śmiech). Koncentracja kampanii wyborczej wokół spraw ukraińskich jest fatalna. Odwraca uwagę od istotnych problemów, które mamy w Polsce. Racjonalne podejście ma tylko moja partia, SLD. Uważamy, że stabilizacja sytuacji na Ukrainie jest kluczowa, ale wybory do Parlamentu Europejskiego, to przede wszystkim okazja powiedzenia Polakom, jaką wizję miejsca naszego kraju w Unii i jaki stosunek do wprowadzenia wspólnej waluty mają poszczególne partie, co można poprawić w Polsce dzięki unijnym regulacjom i funduszom, w jakim kierunku powinna się rozwijać wspólna Europa.

 Czy Pani zdaniem wyborcy potraktują eurowybory jako swoisty plebiscyt – „za” czy „przeciw” rządowi?

 - Każde wybory to w pewnej mierze ocena działalności partii politycznych, zwłaszcza rządzących. W wyborach do PE w 2009 r.  33 proc. oddanych głosów stanowiły „głosy poparcia”, a 6 proc. głosy sprzeciwu”. Teraz negatywnych głosów może być więcej. Wszak ośmiu na dziesięciu Polaków rozważa emigrację. W perspektywie europejskiej ocena rządu jest kluczowa. Jak można uwierzyć, że beznadziejni ministrowie z rządu premiera Tuska i Jarosława Kaczyńskiego, będą dobrze reprezentować Polskę w Parlamencie Europejskim? A przecież wielu takich kandyduje, by wymienić tylko Boniego, Rostowskiego, Fotygę.

 Co sądzi Pani o obecności celebrytów i sportowców na listach wyborczych?

 - Nie należy od razu przyklejać etykiety. Niektóre z tych osób, np. Weronika Marczuk, mają duże doświadczenie zawodowe, działają społecznie i politycznie. Inni, np. Otylia Jędrzejczak, są umieszczeni, jako wabik, który ma przyciągnąć kibiców. Jednak, moim zdaniem, najgorsze jest wystawianie kandydatów tylko ze względu na zbieżność nazwisk ze znanymi osobami. Tak jest z listami Europy Plus -Twojego Ruchu, gdzie znaleźli się i Aleksander Kwaśniewski, i podobno Jolanta Kwaśniewska. Fałszywy Aleksander został już skreślony, bo zataił, że był karany. Z kolei z SP ma ponoć startować kilku Ziobrów. Na szczęście wyborcy są już na różne sztuczki wyczuleni i niełatwo ich wyprowadzić w pole. Tapicer Tusk raz dostał się do Sejmu, ale w kolejnych wyborach już nie (śmiech). W stosunku do europosłów wyborcy mają wysokie wymagania. Głosują na wiarygodnych, sprawdzonych polityków, którym ufają.

 Czy wyniki wyborów do PE wzmocnią, czy też osłabią polski głos w UE?

 - Zależy od wyników. Jeśli PIS wprowadzi większą liczbę europosłów,  pozycja Polski się osłabi, gdyż będą w małej grupie politycznej Konserwatystów i Reformatorów, która nie liczy się w PE. Niestety także delegacja PO i PSL, choć obecnie w największej grupie politycznej (EPL), jest także bardzo konserwatywna. Nigdy nie popierają raportów o równości kobiet i mężczyzn ani antydyskryminacyjnych. W konsekwencji wszyscy prawicowi europosłowie mają, jako grupa, opinię najbardziej homofobicznej i antykobiecej delegacji. W obrazie Polski na arenie międzynarodowej brakuje aspektu poszanowania praw człowieka. W Unii to karygodne. Honor Polaków ratuje tylko delegacja SLD.

 Czy w Polsce może powtórzyć się sytuacja z pierwszych wyborów do PE, kiedy sporą część naszej reprezentacji stanowili eurosceptycy?

 - Wyborcy przekonali się, że obecność polskich eurosceptyków w Parlamencie Europejskim nic Polsce nie daje, a przeciwnie – szkodzi i kompromituje. Toteż już w 2009 r. część z nich została wyeliminowana. Teraz straszenie Unią nie popłaca. Polacy mają ponad dwukrotnie większe zaufanie do Unii, niż do polskiego rządu. Niepokojące jest jednak, że w całej Unii wzrastają tendencje prawicowe. W niedawnych wyborach lokalnych we Francji, skrajnie prawicowy Front Narodowy osiągną bardzo dobry wynik, a sondaże przewidują, iż będzie on równie dobry w wyborach do Parlamentu Europejskiego. My, socjaliści, walczymy o Europę, w której szanowane są prawa i obowiązki każdego człowieka, i sprzeciwiamy się budowaniu Europy opartej na uprzedzeniach, nienawiści i podziałach.

 Czym pragnie Pani zająć się w Parlamencie Europejskim?

 - Zamierzam przede wszystkim kontynuować dotychczasową działalność, czyli pracować na rzecz poprawy życia Polaków. Mam pięć priorytetów. Są to: praca, prawa człowieka jednakowe dla wszystkich, poprawa jakości życia Polaków, polityka świecka oraz przybliżanie Unii, zwłaszcza mieszkańcom mojego okręgu, tj. woj. małopolskiego i świętokrzyskiego. W ramach walki o nowe miejsce pracy, za kluczowe uważam wdrożenie planu Gwarancji dla Młodzieży, zwiększenia jego budżetu w ramach korekty Wieloletnich Ram Finansowych na lata 2014-2020 oraz poszerzenie zakresu beneficjentów programu o osoby pomiędzy 25 i 30 rokiem życia. Potrzebujemy także skutecznej polityki inwestycji publicznych oraz wsparcia dla małych i średnich przedsiębiorstw. Pracownicy muszą mieć zagwarantowaną płacę minimalną taką samą w całej Unii, równą płacę za jednakową pracę, ochronę praw pracowniczych. Konieczne jest przestrzeganie praw związków zawodowych, prowadzenie dialogu społecznego i antydyskryminacyjne prawodawstwo. Potrzebna jest wspólna polityka zdrowotna i emerytalna, skuteczniejsza walka z ubóstwem, bezdomnością i wykluczeniem, zmniejszenie nadmiernych różnic w poziomie życia. Będę naturalnie promowała woj. małopolskie i świętokrzyskie w Brukseli oraz dbała o to, by prawo tworzone w Brukseli przekładało się na poprawę życia mieszkańców mojego regionu. Zamierzam też kontynuować organizację wyjazdów studyjnych do Parlamentu Europejskiego oraz organizować liczne spotkania, konferencje i szkolenia w ramach mojego stowarzyszenia „Polka potrafi”.

 W jaki sposób zamierza Pani przekonać wyborców, że Parlament Europejski ma wpływ na ich codzienne życie?

 - Nie trzeba nikogo przekonywać. Fakty mówią za siebie. Parlament Europejski odpowiada już obecnie za ponad 60 proc. prawa, które obowiązuje w Polsce. Oznacza to, że europoseł ma większy wpływ na życie Polaków niż poseł z ulicy Wiejskiej. Europosłowie decydują o budżecie Unii, który przekłada się na zatrudnienie młodych, walkę z ubóstwem, budowę nowego mostu, naprawę dziurawej drogi, zaopatrzenie szkoły w komputery i pomoce naukowe, jakość miejsc, w których będziemy wypoczywać na urlopie. Dzięki europosłom mamy dwuletnią gwarancję na każdy towar, tańszy roaming, którego za rok już w ogóle nie będzie. Dlatego 25 maja trzeba głosować na kandydata, który dał się poznać jako kompetentny i uczciwy, którego cenimy, lubimy i dążymy zaufaniem. W przeciwnym razie może zostać wybrany ktoś, kto jest przeciwieństwem naszego ideału. Pamiętajmy! Europosłowie wpływają na życie i przyszłość ponad 500 mln Europejczyków i 37 mln Polaków, a w tym także na Twoje życie, Drogi Wyborco!

Rozmawiał: Roman Gutkowski

senyszyn