Skąd bierze się rekordowo niska frekwencja w eurowyborach w Polsce? W pierwszych wyborach do PE nie przekroczyła ona 21%, a w drugich – 25%. Czy tym razem będzie podobnie?
Polacy długo walczyli o wolne wybory, ale osiągnąwszy cel przestali się nimi interesować. Dotyczy to zarówno wyborów samorządowych, jak i parlamentarnych. Sukcesem frekwencyjnym przy budzących największe polityczne emocje wyborach prezydenckich jest osiągnięcie 50%, co w innych krajach komentowane jest jako porażka, gdyż połowa społeczeństwa nie poszła głosować.
W wyborach 2009 r. Polska zajęła faktycznie niechlubne przedostatnie miejsce pod względem frekwencji ze wszystkich krajów UE. Stało się tak pomimo ogólnego zadowolenia Polaków z przynależności naszego kraju do wspólnoty UE oraz prowadzonych kampanii informacyjnych i „profrekwencyjnych”.
Myślę, że jednym z powodów tak wysokiej absencji przy urnach było poczucie, że skoro już jesteśmy w Unii, to tak już zostanie. Zadowoleni zatem nie poszli na wybory, a nastraszeni Unią wyborcy wysłali do Parlamentu w większości eurosceptyczną delegację polskich posłów z Samoobrony, Ligi Polskich Rodzin i PiS, co wzbudziło ogromne zdziwienie w Europie, dopiero co powiększonej o… jej przeciwników.
W 2014 r. na decyzje wyborcze Polaków w moim przekonaniu wpłynie nie tylko znikoma wiedza o wpływie stanowionego w PE prawa unijnego na życie przysłowiowego Kowalskiego, ale dodatkowo niechęć do polskich polityków w ogóle. Kłótnie, afery, „polityczne przekupstwo” na każdym kroku – rozczarowuje i pozbawia zaufania do wszelakich „wybrańców” narodu.
Europosłowie przedstawiani są przez media głównie jako „pazerni i nic nie znaczący – figuranci na kosztownych dla społeczeństwa wakacjach w Brukseli”, a prawo unijne jako zbiór absurdów – co dodatkowo zniechęca do popierania kogokolwiek.
Winą za taki stan należy obarczyć zarówno polską „klasę polityczną”, koncentrowanie się dużej części europosłów wyłącznie na polityce krajowej, jak i politykę informacyjną instytucji unijnych, w tym także Parlamentu Europejskiego.
Dla podniesienia frekwencji wyborczej konieczne są działania edukacyjne i informacyjne realizowane w sposób ciągły, jak i dobrze zaplanowana i dostosowana do potrzeb kampania informacyjna realizowana przed samymi wyborami.
Tegoroczne wybory do PE i jednocześnie dziesięciolecie polskiego członkostwa w UE stwarzają niepowtarzalną szansę, aby zarówno w działaniach politycznych jak i komunikacyjnych, poświęcić wiele uwagi rzetelnemu bilansowi polskiej obecności w UE.
Jaki wpływ na wyniki i frekwencję wyborczą w Europie może mieć kryzys gospodarczy, z którym UE wciąż nie potrafi sobie do końca poradzić?
Głosować chodzą przede wszystkim niezadowoleni, a tych nie brakuje w owładniętej kryzysem Europie. Przeciwnicy polityki oszczędności, efektów globalizacji i „dyktatury” Brukseli – już się mobilizują. Europolitolodzy przewidują w związku z tym nawet większą frekwencję wyborczą… To może nawet oznaczać zdominowanie Parlamentu Europejskiego przez eurosceptyków.
Wiele wskazuje na to, że w nadchodzących wyborach europejskich w 2014 r. skrajne ugrupowania polityczne mogą zdobyć rekordowe poparcie.
Walcząc z kryzysem Trojka (KE, MFW, EBC) przedstawiła plan ratunkowy dla zadłużonego południa Europy stawiając ostre warunki „zaciskania pasa”: reforma finansów publicznych, cięcia wydatków, zmniejszenie deficytu budżetowego.
Gdy rządy zaczęły wprowadzać drastyczne oszczędności: Grecy masowo poparli antyunijnych radykalistów, rozczarowani Włosi wybrali komika Beppe Grillo, Brytyjczycy pokochali ultraprawicową Partię Niepodległości Zjednoczonego Królestwa.
Również we wszystkich pozostałych krajach znacznie wzrosło poparcie dla partii niechętnych europejskiemu projektowi. W Polsce dodatkowe poparcie zyskało PiS.
Zdobycze wspólnego rynku w dobie kryzysu zaczęły… dzielić społeczeństwa. Za dużo przybyszów z innych krajów pobudziło brunatne demony. W tej atmosferze media szczególnie w „starej” Europie szokują:
- statystykami bezrobocia – „nowi” odbierają pracę Brytyjczykom, Francuzom, Niemcom…
- sumami „socjalnych” wyłudzeń przybyszów – nierobów … np. z Polski
- przestępczością, która „napłynęła” ze wschodu.
Kryzys zaglądnął w rodzinne budżety. Rządy nie znajdują błyskawicznych cudownych rozwiązań. Najłatwiej obarczyć za to winą – Unię. Na tym gruncie kwitną ruchy populistyczne i radykalne.
Czy sądzi Pani, że w związku z wyborami prezydenckimi na Ukrainie, zapowiedzianymi na 25 maja, kampania do PE w Polsce zostanie zdominowana przez sytuację w tym kraju?
Gołym okiem widać jak sytuacja na Ukrainie już jest rozgrywana „wewnętrznie” w Polsce. Media podgrzewają jeszcze atmosferę, a my czujemy się jakby miała zaraz wybuchnąć wojna.
Nie podoba mi się to „wywoływanie wilka z lasu”.
Aneksja Krymu przez Rosję, to problem nie tylko dla Ukrainy, ale dla całej UE, NATO i reszty wolnego świata. Na pewno nie rozwiąże się go siedząc w studiu telewizyjnym i wygrażając pięścią Rosji.
Teraz w zaciszu gabinetów toczą się na poziomie Rady poważne rozmowy o możliwych scenariuszach i konkretnej pomocy dla Ukrainy, a Parlament Europejski przygotował już podstawę prawną do udzielenia jej finansowego wsparcia.
Mimo, że wybory do europarlamentu odbywają się w niezwykle skomplikowanym politycznie okresie, nie możemy zapominać o całym horyzoncie innych zagadnień istotnych dla polskich obywateli, takich jak:
- gospodarka i innowacyjność,
- rynek pracy szczególnie w kontekście zatrudnienia dla ludzi młodych,
- bezpieczeństwo energetyczne Europy
- walka z ubóstwem i wykluczeniem społecznym
- problemy demograficzne.
Czy Pani zdaniem wyborcy potraktują eurowybory jako swoisty plebiscyt – „za” czy „przeciw” rządowi?
Poważnym problemem dotychczasowych kampanii wyborczych do PE w Polsce było koncentrowanie się kandydatów na sprawach lokalnych i krajowych, a nie europejskich.
Rok 2014 stwarza niepowtarzalną szansę, aby zarówno w działaniach politycznych, jak i komunikacyjnych poświęcić więcej uwagi bilansowi polskiej obecności w UE.
Dekada w Unii skłania także do spoglądania w przyszłość. Debaty na temat pomysłów Polaków na kształt Wspólnoty mogą być doskonałym narzędziem wskazującym, że głos każdego obywatela się liczy. Organizacje działające na rzecz podniesienia frekwencji powinny mobilizować startujących w wyborach polityków do prezentowania ich wizji Europy, z którą wyborcy mogą się zgodzić lub nie.
W praktyce i to nie tylko na naszym gruncie – każde wybory są papierkiem lakmusowym „zużycia” władzy.
Co sądzi Pani o obecności celebrytów i sportowców na listach wyborczych?
Wydarzenia na Ukrainie, i to, że UE znalazła się w trudnym momencie, dowodzi po raz kolejny temu, że do Parlamentu Europejskiego powinny startować osoby, które naprawdę znają się na polityce.
Europosłowie, by być efektywnymi obecnie muszą być także ekspertami w konkretnych dziedzinach, przykładowo – członkowie Komisji Rynku Wewnętrznego zatwierdzają techniczne normy dla różnych produktów, Komisja Ochrony Środowiska zajmuje się normami emisji spalin czy standardami chemicznymi dla produktów dozwolonych w UE, Komisja Budżetowa – bardzo skomplikowanymi procedurami balansującymi wspólnotowe zobowiązania i wydatki itp.
Faktem jest, że celebryta na liście wyborczej przyciąga uwagę mediów bardziej niż „tylko” ekspert, ale to do wyborców należy wskazanie, kto w ich przekonaniu najlepiej będzie ich reprezentował.
Partie stosują różne sztuczki, na przykład umieszczają na listach osoby o znanych nazwiskach i tak mamy kilku panów Ziobro w polityce, czy teraz kilkoro kandydatów na europosłów o nazwisku Kwaśniewski.
Świadomość, że na listach wyborczych do PE znajdują się m.in. celebryci i politycy odsunięci od polityki krajowej, może też zniechęcić wyborców do pójścia do urn.
Czy wyniki wyborów do PE wzmocnią, czy też osłabią polski głos w UE?
Znaczenie posłów i ich realny wpływ na legislację zależy od tego, w jak licznej grupie zasiadają. Małe polityczne frakcje nie mają znaczenia takiego, jak te posiadające kilkuset członków. Obecnie tylko trzy grupy w PE mają taką siłę, zasiadają w nich posłowie z PO, SLD i PSL, to polityczne centrum, centroprawica i centrolewica. Grupy skrajne są w mniejszości, w dwóch z nich zasiadają posłowie wybrani z list PiS.
Jeśli polski głos ma być skuteczny i proeuropejski, to powinniśmy wzmocnić reprezentacje w dużych grupach.
Polacy po 10 latach członkostwa nadal są jednym z najbardziej popierających integrację europejską społeczeństw, w znacznym stopniu czują się też obywatelami UE, niestety nie wyrażają tego przy urnach.
Niska frekwencja wyborcza będąca także dowodem zmęczenia polityką krajową, ogólnie nie przeszkodziła jednak Polsce w umacnianiu w ostatnich latach naszej pozycji w zjednoczonej Europie.
Czy w Polsce może powtórzyć się sytuacja z pierwszych wyborów do PE, kiedy sporą część naszej reprezentacji stanowili eurosceptycy?
Na wybory na pewno pójdą tzw. „twarde”, zmobilizowane elektoraty. Biorąc po uwagę prognozy wyborcze w Polsce, większość sondaży zwiastuje zwycięstwo eurosceptycznego PiS-u, dzisiaj zasiadającego w PE obok pragnących opuścić Unię Brytyjczyków…
W innych krajach przeciwnicy Unii także mają szansę zdobyć ok. 20 % – 30 % poparcia.
W 2004 r. w Parlamencie było ok. 70 antyunijnych wojowników, z czego prawie połowa z Polski (LPR, Samoobrona, PiS). W 2009 r. siła eurosceptyków urosła do 120. Dodawszy do tej tendencji nastroje kryzysowe, można oczekiwać, że w 2014 r. przeciwnicy Unii mogą podwoić swoją siłę, a to oznaczałoby włączenie hamulca dla integracji i koniec marzeń o UEtopii.
Gdyby te prognozy się sprawdziły, zdaniem belgijskiego „Le Soir”: Parlament będzie jak małpa z brzytwą.
Co to oznacza?
Zgrzyty w trybach Unii i ostre hamowanie. Jeśli te prognozy się sprawdzą, mogą wystąpić trudności z przegłosowaniem np. budżetu, do czego potrzebna jest tzw. większość kwalifikowana. Możemy mieć podobną do amerykańskiej sytuację totalnej blokady środków zafundowaną przez europejski odpowiednik Tea Party.
Niepokoi mnie taka przyszłość. Naprawdę nie chcemy korzystać z funduszy i szans jakie obecnie są w naszym zasięgu, nie chcemy już nowych dróg, ani dopłat dla rolników? Brak budżetu do tego doprowadzi.
Obecnie w Parlamencie mamy porozumienie centrolewicy S&D i centroprawicy EPP, wsparte przez Liberałów ALDE, to gwarantuje stabilność integracji tylko do lipca br.
Co będzie potem? Obyśmy nie zostali „ino” ze sznurem….
Ale z drugiej strony znając nieźle czołowych posłów – eurosceptyków myślę, że nikt tak bardzo jak oni nie potrzebuje Unii! Bez Parlamentu (i funduszy poselskich) ich głos nie byłby słyszalny, nie mieliby czego krytykować, ani powodu by błyszczeć w tabloidach.
Czym pragnie Pani zająć się w Parlamencie Europejskim?
Obecnie trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek funkcjonowanie bez komputera czy Internetu, jednakże prawo nie jest dostosowane do zmieniającej się rzeczywistości. Wymaga modernizacji w kwestii ochrony danych osobowych w Internecie czy „prawa do bycia zapomnianym”. Dzisiaj koncerny i firmy handlują bazami danych osób, wykorzystując lukę prawną w tym zakresie. Ponadto nie ma odpowiednich regulacji w kwestii przechowywania danych w chmurze obliczeniowej.
Zajmuję się harmonizacją prawa autorskiego w szerokim kontekście. Przykładowo byłam autorką raportu w sprawie dyrektywy o dozwolonym użytku dzieł osieroconych, dzięki której uzyskamy dostęp do długo skrywanych w archiwach bibliotek i muzeów dzieł kultury skazanych na zapomnienie ze względu na niemożność ich upublicznienia czy digitalizacji bez zgody autora, do którego nie można dotrzeć.
W przyszłości – jeśli wyborcy tak zdecydują – chciałabym w PE m.in. dokończyć prace nad pełną harmonizacją i reformą prawa autorskiego, tak by dostęp online do wspólnego dziedzictwa był powszechny i nieodpłatny. Wbrew pozorom to jest możliwe, trwają już całkiem zaawansowane prace nad takim rozwiązaniem.
W jaki sposób zamierza Pani przekonać wyborców, że Parlament Europejski ma wpływ na ich codzienne życie?
Zastanawiam się, czy w ogóle trzeba wyborców do tego przekonywać? Zmiany są widocznym gołym okiem… Możemy swobodnie przekraczać granice w obrębie strefy Schengen, pracować legalnie w dowolnym państwie członkowskim, przysługują nam z tego tytułu świadczenia socjalne obowiązujące w danym kraju. Możemy kształcić się na dowolnym europejskim uniwersytecie.
Ponadto Polska pięknieje dzięki funduszom unijnym – remontują się drogi, budują nowe, modernizują się lotniska, odnawiają kamienice. Powstają nowe instytucje naukowe, technologiczne i kulturalne. Dzięki dotacjom unijne powstało wiele świetnie prosperujących firm, skorzystało z nich wiele ambitnych młodych ludzi mających ciekawe pomysły. Wydaje mi się, że trudno będzie komukolwiek wyobrazić życia bez tych ułatwień…
Bez Parlamentu Europejskiego nie byłoby unijnego budżetu ani środków, z których teraz korzystamy. 60% prawa obowiązującego w Polsce tworzymy w Europarlamencie. Instytucja mająca taki gigantyczny wpływ na życie obywatela nie może nas nie obchodzić.
Wybory to najlepszy moment, by obywatele mogli ocenić pracę swojego europosła. To papierek lakmusowy wyborcy, który głosuje w myśl zasady „sprawdzam” mojego reprezentanta czy partię, której zaufałem.
Idąc na wybory, spełnia się swoją obywatelską powinność. Na tym przecież polega demokracja, o którą walczyliśmy. Nie idąc na wybory, nie można później żalić się, że „coś nam się nie podoba”, że podejmowane decyzje są „niezgodne z naszą wolą”.
W mojej ocenie to właśnie jest patriotyzm – opowiedzenie się za tym, jak powinna wyglądać nasza wspólna przyszłość. Z tego względu każdy dbający o dobro Polski i Europy powinien pójść do urn 25 maja.
Rozmawiał: Roman Gutkowski

