Rozmowa z senatorem Włodzimierzem Cimoszewiczem, byłym premierem i ministrem spraw zagranicznych.
Czy Unia Europejska poradzi sobie z obecnym kryzysem, związanym z falą uchodźców, czy też kryzys ten ją przerośnie?
- Tradycją Wspólnoty było to, że kryzys działa mobilizująco i jest swoistym katalizatorem pojawiania się nowych koncepcji i projektów. Chciałbym wierzyć, że ten kryzys doprowadzi do przyjęcia dalekowzrocznej, kompleksowej, aktywnej polityki migracyjnej i że nie będzie to jedynie polityka reaktywna. Polityka ta powinna zakładać usuwanie bezpośrednich i trwalszych przyczyn presji demograficznej. Niektórych z nich nie jesteśmy niestety w stanie usunąć, choćby szybkiego wzrostu ludności w Afryce. Trzeba by się zastanowić, jak skutecznie wspierać procesy rozwojowe i likwidować konflikty w tamtych regionach, by osłabić przyczyny ucieczki tych ludzi. Nie jestem jednak pewien, czy tak się stanie. Kryzys ten ma bowiem gwałtowny przebieg. Niektóre z państw UE są w obiektywnie bardzo trudnym położeniu, np. Niemcy. Nawet tak bogate państwo może sobie nie poradzić z napływem w bardzo krótkim czasie miliona czy półtora miliona uchodźców. Dla porównania wyobraźmy sobie, że w Polsce pojawiłoby się 700 tys. cudzoziemców w ciągu kilku miesięcy. W Polsce, ale nie tylko u nas, polityce nie rozumieją, że w takich sytuacjach, także z przyczyn emocjonalno-psychologicznych, trzeba zademonstrować swoją solidarność i gotowość wsparcia, nawet na niewielką stosunkowo skalę. Będzie to bowiem oddziaływało na świadomość społeczną w krajach, zmagających się z napływem fali uchodźców, takich jak Włochy, Niemcy, czy Grecja. Jeśli tego się nie stosuje, prowadzi to prostą drogą do dezintegracji.
Czy nie grozi to odtworzeniem się dawnych podziałów na Europę Zachodnią i Wschodnią?
- Niestety, tak. Wśród Niemców, czy Włochów może bowiem utrwalić się przeświadczenie, że kiedy oni znaleźli się w trudnej sytuacji, to Polacy, Czesi, Słowacy czy Węgrzy odmówili im pomocy. Wówczas trudno będzie się dziwić, iż nadejdzie taki moment, kiedy oni nam też jej odmówią. W przyszłości czekają nas znów negocjacje finansowe. Do tej pory liczyliśmy na pewną szczodrość i nam ją okazywano. Tym razem tak być nie musi.
Czym różni się obecna Unia od Wspólnoty, do której wprowadzał Pan Polskę?
- Zdecydowanie więcej było wówczas optymizmu. Było to naturalną konsekwencją historycznego rozszerzenia o 10 nowych krajów, w tym Polskę. Ale równolegle pracowaliśmy wówczas nad konstytucją europejską i głęboko wierzyliśmy, że jesteśmy w stanie dokonać swego rodzaju cudu: z jednej strony przeprowadzić największe rozszerzenie w historii UE, a z drugiej – wzmocnić i pogłębić integrację europejską. Po referendach w Holandii i Francji, wszystko się zaczęło zmieniać. Traktat Lizboński był kontrolowanym zmniejszaniem strat, związanych z odrzuceniem eurokonstytucji. Była to jednak operacja natury ratunkowej, a nie ofensywnej. Potem Europa została dotknięta kryzysem finansowym, którego polityczne i gospodarcze konsekwencje nadal przeżywamy. Po tych kilkunastu latach widzę więc ogromną, zasadniczą różnicę oraz zmianę nastrojów i świadomości europejskiej. Im bardziej potrzeba nam pogłębienia integracji, tym mniejsze są polityczne możliwości.
Jak widzi Pan wobec tego przyszłość Unii Europejskiej?
- Unia może się rozpaść, tak jak rozpadło się Imperium Rzymskie. Jest to niewykluczone. Mam jednak nadzieję, że to, co dzieje się w innych regionach świata, podziała na Europejczyków otrzeźwiająco. Gdyby na świecie był spokój i nic się nie zmieniało, Unia mogłaby się rozsypać. Ale świat się zmienia i staje się coraz bardziej wymagający. Coraz trudniej być konkurencyjnym i odnieść sukces. Problem polega na tym, że Europejczycy ciągle tego nie rozumieją. Wystarczy podać polski, symboliczny przykład: w relacjach handlowych z Chinami mamy olbrzymi deficyt, największym naszym produktem eksportowym jest słabo przetworzona miedź, a połowa naszego importu to wyroby elektroniczne. Chiny są dziś krajem wysoko uprzemysłowionym, a my staliśmy się dla nich dostawcą surowców. Deficyt UE w stosunkach handlowych z Chinami sięga 200 mld euro! Mam nadzieję, że unijni przywódcy zrozumieją, że w tym nowym świecie konieczne jest działanie w większej skali. Tylko wówczas Europie uda się zachować konkurencyjność.
Rozmawiał: Roman Gutkowski
Fot. Roman Gutkowski

